Jestem zły. I to jak! Właśnie skończyłem oglądać mecz reprezentacji Polski z USA. Mecz, to może zbyt wielkie słowo, bo nasi biało-czerwoni zagrali fatalnie. Aż mi się patrzeć nie chciało. No, ale do Euro jeszcze trochę czasu, a Leo Beenhakker pokazał nie raz, że jest gość i że ma nosa, więc się nie martwię. Ale zły jestem!
No właśnie. Co jest takiego w tej piłce nożnej, że nas tak do niej ciągnie? Nas, czyli facetów. Choć i kobiety też. Ale w głównej mierze facetów. Ciągnie nas do tego, żeby oglądać rywalizację, męską, czasami zbyt męską, ale rywalizację. Faceci są do tego stopnia zakochani w piłce, że wielu z nich (a kilku takich znam) bardziej pamięta wynik meczu sprzed 10 czy 15 lat i dokładną jego datę, niż datę pierwszego pocałunku ze swoją dziewczyną itp. Mój kolega (Sławek, to o Tobie) w ten sposób zapamiętuje ważne wydarzenia ze swego życia. Np. naszą wspólną koleżankę poznał wtedy, kiedy Drwęca wygrała z Ruchem Chorzów 4:1 w Pucharze Polski. Takich dat ma więcej i kojarzy je właśnie z piłką nożną. Eh ci faceci, co? ;)
Teraz trochę zmienię temat, na bardziej przyziemny, bardziej smutny, a nawet tragiczny. Mój poprzedni post traktował nieco o wypadkach i brawurze kierowców. W poniedziałek byłem przy kolejnym wypadku. Tym, w którym zginęło czterech mężczyzn. Nie wiem co tam było przyczyną wypadku, ale takiej tragedii jeszcze nie widziałem. Kiedy wracałem do domu z tego miejsca ciągle miałem ich przed oczami. Zastanówmy się, każdy z nas, czy warto? Czy warto tak pędzić, gnać? Wielu tak gnało i co? Pstryk i ich nie ma, ułamek sekundy i odchodzą z tego świata. Ludzie, naprawdę, nie warto...
A teraz już całkiem przyziemnie. Trzymiesięczne wypowiedzenie ze stanowiska (z dniem 1 kwietnia) otrzymał Zbigniew Ewertowski, dyrektor Nowomiejskiego Domu Kultury. Pan Zbyszek dyrektorem był 22 lata. Ostatnich lat chyba jednak do udanych zaliczyć nie może, bo jakoś niewiele się w tym NDK, moim zdaniem, działo. Miasto też jakoś kulturą nie stało. Wielu z nas, mieszkańców, widziało to od jakiegoś czasu. Widziała to też Alina Kopiczyńska, która w swojej przedwyborczej kampanii obiecywała przewietrzyć to i tamto. Dziś poczyniła pierwszy krok, bo to właśnie dziś pan Zbyszek otrzymał wypowiedzenie. Trochę to trwało, bo ponad rok, ale w końcu pani burmistrz wypełniła jedną ze swoich obietnic. W sumie jeszcze nie wypełniła, ale fundament pod to jest. Ciekaw jestem, kto będzie następcą obecnego dyrektora. Ale do konkursu jeszcze trochę czasu, poczekamy, zobaczymy. A nowa, świeża krew w NDK na pewno się przyda. Na pewno ta osoba nie będzie miała łatwo, bo wymagania nowomieszczan są spore. Ale to dopiero przed nami.
Na zakończenie wrócę jeszcze do piłki nożnej. Dziś na sesji sporo o niej było, a dokładniej o Drwęcy i jej juniorach. Okazuje się, że przygotowane zostało specjalne porozumienie, w myśl którego juniorzy mieli być utrzymywani z miejskich środków, być pod opieką MOSiR itd, a występować w lidze pod egidą Drwęcy. Szkoda, że kurato Drwęcy Daniel Cieplak nie podpisał owego porozumienia, czego zresztą nie rozumiem. Miasto chce pomóc, a tej pomocy się nie przyjmuje. Szkoda, mam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z Danielem i zapytać go o powody tej decyzji. Bo, muszę Wam powiedzieć, konsekwencje tej decyzji mogą być takie, że juniorzy grać będą jako MOSiR. No, chyba że Daniel Cieplak jednak porozumienie podpisze. Szansa na to ma być we wtorek, kiedy to w urzędzie spotkać się mają prezes Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, władze miasta, komisja rady miasta ds. sportu i sam Daniel Cieplak. Oby się w końcu dogadali, przestali jeden drugiego obwiniać i oby ci mali i więksi chłopcy grali w piłkę. Kto wie, może za parę lat mój kolega będzie mówił, że syn urodził mu się w godzinę po tym, jak Drwęca wygrała z Wisłą Kraków w Pucharze Polski? Czego kibicom Drwęcy, Sławkowi i sobie z całego serca życzę.
P.S. A tą porażką Polski z USA nie ma co się przejmować. Na Euro nam nie dokopią, bo ich tam przecież nie będzie ;)
środa, 26 marca 2008
czwartek, 20 marca 2008
Czas skoczyć do sąsiadów
No i znów mamy atak zimy. A już myślałem, że tej wiosny śniegu już nie zobaczę. A jednak! Znów ślisko na drogach, znów wypadki.
Eh, te wypadki. sporo ich u nas, a szkoda. Wyobraźnia niektórych jest niesamowita. To, co wiele razy oglądam jadąc do jakichś, mówiąc policyjną terminologią, "zdarzeń" czasami mnie przeraża. Nie widok roztrzaskanego samochodu, a po prostu bezmyślność ludzi siedzących za ich kierownicami. A już najbardziej dziwi mnie wspomniana bezmyślnośc u tutejszych kierowców, tych rodem z terenu Nowego Miasta czy powiatu. Przecież znają oni nasze drogi jak własną kieszeń, wiedzą, że często w danych miejscach dochodzi do wypadków, ale co tam, ciśnie w gaz ile się da. Wypadki mnie nie dotyczą, to jacyś tam niedzielni kierowcy się rozwalają, nie ja. Tak, jasne, nic bardziej mylnego. Ułamek sekundy i jesteś trup. Albo kogoś zabijasz. Zastanówmy się nad tym, czy warto tak pędzić. Jeśli przemyślenia nie wystarczają, to zapraszam tutaj - to galeria zdjęć Gazety Olsztyńskiej "Kierowco noga z gazu". Warto zobaczyć, by się przekonać, co może kosztować nasza zbyt wybujała wyobraźnia.
A teraz jeszcze parę słów a'propos śniegu. Cholera wkurzyłem się. W sobotę w Kurzętniku miał być mecz Zamku z Jeziorakiem, ale ze względu na wspomniany już śnieg, meczu nie będzie. W ogóle nie będzie całej kolejki, bo w całym województwie nieźle popadało. No i weekend będzie nudny zapewne, żadnych sportowych emocji. Choć w sumie trzeba się teraz do tego powoli przyzwyczajać. Do tego, że na sportowe emocje jeździć będziemy do Kurzętnika, ewentualnie na B klasę do ościennych wsi. Z kolei na koncerty i inne imprezy do Bratiana, przez niektórych uważanego za obecne siedlisko zła, bo w końcu młodzi się tam dobrze bawią, to pewnie są tam i prochy i inne używki. Niestety, ale doszły mnie takie właśnie opinie. Przykro to słuchać... No, ale cóż, jak się chce zrobić coś więcej, to jest się nazywanym karierowiczem itp. Bo coś się robi, bo się człowiek wychyla i próbuje. Ale mniejsza o to, napiszę o takich komentarzach i zachowaniach w jednym z następnych postów. Dziś miało być o śniegu, a wyszło inaczej ;) W sumie miała być już wiosna, a też wyszło inaczej.
No cóż, czekamy na sport i rozrywki u naszych sąsiadów, to wtedy ruszymy nasze tyłki sprzed telewizorów i komputerów i obejrzymy coś, czego nie mamy my jako jedyne miasto w powiecie, a mają (z całym szacunkiem i sympatią) sąsiednie wsie. Zatem do zobaczenia w Kurzętniku lub Bratianie!
Eh, te wypadki. sporo ich u nas, a szkoda. Wyobraźnia niektórych jest niesamowita. To, co wiele razy oglądam jadąc do jakichś, mówiąc policyjną terminologią, "zdarzeń" czasami mnie przeraża. Nie widok roztrzaskanego samochodu, a po prostu bezmyślność ludzi siedzących za ich kierownicami. A już najbardziej dziwi mnie wspomniana bezmyślnośc u tutejszych kierowców, tych rodem z terenu Nowego Miasta czy powiatu. Przecież znają oni nasze drogi jak własną kieszeń, wiedzą, że często w danych miejscach dochodzi do wypadków, ale co tam, ciśnie w gaz ile się da. Wypadki mnie nie dotyczą, to jacyś tam niedzielni kierowcy się rozwalają, nie ja. Tak, jasne, nic bardziej mylnego. Ułamek sekundy i jesteś trup. Albo kogoś zabijasz. Zastanówmy się nad tym, czy warto tak pędzić. Jeśli przemyślenia nie wystarczają, to zapraszam tutaj - to galeria zdjęć Gazety Olsztyńskiej "Kierowco noga z gazu". Warto zobaczyć, by się przekonać, co może kosztować nasza zbyt wybujała wyobraźnia.
A teraz jeszcze parę słów a'propos śniegu. Cholera wkurzyłem się. W sobotę w Kurzętniku miał być mecz Zamku z Jeziorakiem, ale ze względu na wspomniany już śnieg, meczu nie będzie. W ogóle nie będzie całej kolejki, bo w całym województwie nieźle popadało. No i weekend będzie nudny zapewne, żadnych sportowych emocji. Choć w sumie trzeba się teraz do tego powoli przyzwyczajać. Do tego, że na sportowe emocje jeździć będziemy do Kurzętnika, ewentualnie na B klasę do ościennych wsi. Z kolei na koncerty i inne imprezy do Bratiana, przez niektórych uważanego za obecne siedlisko zła, bo w końcu młodzi się tam dobrze bawią, to pewnie są tam i prochy i inne używki. Niestety, ale doszły mnie takie właśnie opinie. Przykro to słuchać... No, ale cóż, jak się chce zrobić coś więcej, to jest się nazywanym karierowiczem itp. Bo coś się robi, bo się człowiek wychyla i próbuje. Ale mniejsza o to, napiszę o takich komentarzach i zachowaniach w jednym z następnych postów. Dziś miało być o śniegu, a wyszło inaczej ;) W sumie miała być już wiosna, a też wyszło inaczej.
No cóż, czekamy na sport i rozrywki u naszych sąsiadów, to wtedy ruszymy nasze tyłki sprzed telewizorów i komputerów i obejrzymy coś, czego nie mamy my jako jedyne miasto w powiecie, a mają (z całym szacunkiem i sympatią) sąsiednie wsie. Zatem do zobaczenia w Kurzętniku lub Bratianie!
niedziela, 16 marca 2008
Życie jak pochodnia
Dziś trochę pofilozofuję nad sensem życia, a dokładniej nad samym życiem. Tak mnie jakoś naszło, bo niedawno wróciłem od dziadka i babci. Oboje mają już swoje lata i ich czas nieuchronnie się zbliża. I dziś właśnie o tym, o ludziach, którzy swoje już przeżyli i o naszym szacunku do nich.
No właśnie - jaki jest szacunek młodego (sam za takiego się uważam), ale nie tylko, człowieka do starszych osób? Z tego co sam obserwuję, bywa naprawdę kiepsko. Niektórzy młodzi mają gdzieś babcie czy dziadków, uważają ich za ludzi, którzy opowiadają jakieś tam pierdoły i nie wiedzą nic o życiu. Bo ja mam dwadzieścia parę lat, pozjadałem wszystkie rozumy i jestem najlepszy, najważniejszy i najmądrzejszy. Po co mi dziadek czy babcia i ich opowieści o wojnie, skoro ja to wszystko w książkach przeczytam. O ile w ogóle przeczytam. I tak jest, nie oszukujmy się. Starszych ludzi coraz mniej się szanuje. A to przykre. Nie tylko dla nich, ale dla nas samych. W końcu kto jak nie ci starsi ludzie walczyli o to, byśmy mogli żyć teraz w wolnej Polsce? To właśnie oni są prawdziwym źródłem historii, nie książki. Książka nie odda emocji w taki sposób, jak babcia czy dziadek, którzy ze łzami w oczach wspominają, jak było ciężko, jak oglądali śmierć znajomych, kolegów, czy rodziny. Oni to przeżyli, odczuli, byli w centrum tych tragicznych wydarzeń. A my, młodzi, mamy to gdzieś...
Wiem, że nieco generalizuję, ale chyba w większości przypadków tak właśnie (niestety) jest. Weźmy na przykład nowomiejski pomnik pod Nawrą. W zasadzie to ni nowomiejski, ni gminny, ale mniejsza o to. Nie tak dawno temu banda młodych kurdupli oszpeciła go farbą w spray'u tak w zasadzie nie wiedząc dlaczego to robi. Po prostu, dla zabawy, z szczeniackiej głupoty. Ci, którzy tam ginęli, pewnie przewracali się w grobach. Na tych młodych, którzy szaleli w najlepsze z farbą, nie podziałała nawet tabliczka z napisem "Za Twoje dziś oddaliśmy nasze jutro", czy jakoś tak, nie pamiętam dokładnie jak to hasło brzmi. Nie podziałało ono na nich, po prostu malowali. Na szczęście teraz jest tam posprzątane i w zasadzie jest w miarę OK. Ale takich przykładów braku poszanowania dla naszej kultury, tożsamości i właśnie starszych jeszcze żyjących ludzi jest coraz więcej. Na wyjeździe z Bratiana jest też pomnik pomordowanych. Jeśli będziecie tamtędy przejeżdżać, zobaczcie co w lesie za nim leży... Śmieci, mnóstwo śmieci... To tak jakby ktoś wyrzucił je na cmentarzu... Nie wspominając o tym, ze swego czasu uczniowie podstawówki z Bratiana posadzili tam kilkanaście drzewek, a następnego dnia zostało ich ledwie kilka...
Wracając jednak do naszych dziadków i babci. Szanujmy ich i podobnych im wiekiem. To dzięki nim pośrednio jesteśmy na świecie, to od nich powinniśmy uczyć się życia i radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. To z nimi powinniśmy rozmawiać i to jak najczęściej. Bo już niedługo ich nie będzie, odejdą, na zawsze. Wtedy może niektórzy za nimi zatęsknią, może pomyślą sobie, że mogłam czy mogłem ich odwiedzić, porozmawiać. Wtedy będzie za późno...
Ja odwiedziłem dziś swoich dziadków. Rozmawiałem z nimi, wspominałem jak to było w dzieciństwie, kiedy u nich się wychowywałem. Na ich twarzach widziałem niesamowitą radość. Radość, bo ktoś do nich przyjechał, porozmawiał. Byli szczęśliwi, bo nie byli sami. A tacy właśnie są, osamotnieni, wiedzą, że ich czas się zbliża. Jakby czekali... Na koniec... Pomóżmy im, bądźmy z nimi i spieszmy się ich kochać, w ogóle kochać ludzi, bo oni szybko odchodzą...
Nasze życie jest niczym pochodnia. Zapala się, jakiś czas płonie, a potem gaśnie. Na zawsze... Kto wie, czyja pochodnia zgaśnie jutro...
No właśnie - jaki jest szacunek młodego (sam za takiego się uważam), ale nie tylko, człowieka do starszych osób? Z tego co sam obserwuję, bywa naprawdę kiepsko. Niektórzy młodzi mają gdzieś babcie czy dziadków, uważają ich za ludzi, którzy opowiadają jakieś tam pierdoły i nie wiedzą nic o życiu. Bo ja mam dwadzieścia parę lat, pozjadałem wszystkie rozumy i jestem najlepszy, najważniejszy i najmądrzejszy. Po co mi dziadek czy babcia i ich opowieści o wojnie, skoro ja to wszystko w książkach przeczytam. O ile w ogóle przeczytam. I tak jest, nie oszukujmy się. Starszych ludzi coraz mniej się szanuje. A to przykre. Nie tylko dla nich, ale dla nas samych. W końcu kto jak nie ci starsi ludzie walczyli o to, byśmy mogli żyć teraz w wolnej Polsce? To właśnie oni są prawdziwym źródłem historii, nie książki. Książka nie odda emocji w taki sposób, jak babcia czy dziadek, którzy ze łzami w oczach wspominają, jak było ciężko, jak oglądali śmierć znajomych, kolegów, czy rodziny. Oni to przeżyli, odczuli, byli w centrum tych tragicznych wydarzeń. A my, młodzi, mamy to gdzieś...
Wiem, że nieco generalizuję, ale chyba w większości przypadków tak właśnie (niestety) jest. Weźmy na przykład nowomiejski pomnik pod Nawrą. W zasadzie to ni nowomiejski, ni gminny, ale mniejsza o to. Nie tak dawno temu banda młodych kurdupli oszpeciła go farbą w spray'u tak w zasadzie nie wiedząc dlaczego to robi. Po prostu, dla zabawy, z szczeniackiej głupoty. Ci, którzy tam ginęli, pewnie przewracali się w grobach. Na tych młodych, którzy szaleli w najlepsze z farbą, nie podziałała nawet tabliczka z napisem "Za Twoje dziś oddaliśmy nasze jutro", czy jakoś tak, nie pamiętam dokładnie jak to hasło brzmi. Nie podziałało ono na nich, po prostu malowali. Na szczęście teraz jest tam posprzątane i w zasadzie jest w miarę OK. Ale takich przykładów braku poszanowania dla naszej kultury, tożsamości i właśnie starszych jeszcze żyjących ludzi jest coraz więcej. Na wyjeździe z Bratiana jest też pomnik pomordowanych. Jeśli będziecie tamtędy przejeżdżać, zobaczcie co w lesie za nim leży... Śmieci, mnóstwo śmieci... To tak jakby ktoś wyrzucił je na cmentarzu... Nie wspominając o tym, ze swego czasu uczniowie podstawówki z Bratiana posadzili tam kilkanaście drzewek, a następnego dnia zostało ich ledwie kilka...
Wracając jednak do naszych dziadków i babci. Szanujmy ich i podobnych im wiekiem. To dzięki nim pośrednio jesteśmy na świecie, to od nich powinniśmy uczyć się życia i radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. To z nimi powinniśmy rozmawiać i to jak najczęściej. Bo już niedługo ich nie będzie, odejdą, na zawsze. Wtedy może niektórzy za nimi zatęsknią, może pomyślą sobie, że mogłam czy mogłem ich odwiedzić, porozmawiać. Wtedy będzie za późno...
Ja odwiedziłem dziś swoich dziadków. Rozmawiałem z nimi, wspominałem jak to było w dzieciństwie, kiedy u nich się wychowywałem. Na ich twarzach widziałem niesamowitą radość. Radość, bo ktoś do nich przyjechał, porozmawiał. Byli szczęśliwi, bo nie byli sami. A tacy właśnie są, osamotnieni, wiedzą, że ich czas się zbliża. Jakby czekali... Na koniec... Pomóżmy im, bądźmy z nimi i spieszmy się ich kochać, w ogóle kochać ludzi, bo oni szybko odchodzą...
Nasze życie jest niczym pochodnia. Zapala się, jakiś czas płonie, a potem gaśnie. Na zawsze... Kto wie, czyja pochodnia zgaśnie jutro...
piątek, 14 marca 2008
Jestem rozczarowany...
Oj długo mnie tutaj nie było. Zapewne wielu z Was ma mi za złe, że nic nie pisałem. Wybaczcie, naprawdę miałem sporo pracy. Nie znaczy to jednak, że o Was zapomniałem, co to, to nie.
O czym dzisiaj? Postanowiłem, że odniosę się do sondy, którą od kilku dni prowadziłem na moim blogu, co niniejszym czynię. A więc: pytałem, na kogo głosowaliście. Wynik jest taki, jak się spodziewałem - większość z Was na Alinę Kopiczyńską. Podobnie było podczas wyborów - ponad 50 procent głosujących postawiło krzyżyk właśnie przy nazwisku naszego obecnego burmistrza. Wiązałem z tym wyborem ogromne nadzieje. Po okresie, w którym burmistrzem była Lidia Grabowska uważałem, że potrzebny jest nowy impuls, świeżość, a przede wszystkim nowa jakość i odpowiednie decyzje odpowiedniej osoby na odpowiednim stanowisku. Była burmistrz Grabowska była osobą kontrowersyjną, której wielu wiele miało i nadal ma coś do zarzucenia. Obecna pani burmistrz jest inna. Jest cicha, spokojna, a już na pewno nie jest kontrowersyjna. Jednak różnica między tymi osobami jest taka, że mimo wszystkiego, co mieliśmy do zarzucenia Lidii Grabowskiej, była ona konkretną kobietą. Potrafiła uderzyć ręką w stół i powiedzieć, że to i to ma być zrobione i... to było robione. Pracownicy urzędu bali się jej jak ognia. A jak jest teraz? Hmm... Na razie minął nieco ponad rok odkąd nowym burmistrzem jest Alina Kopiczyńska. Jednak w ciągu tego okresu jakoś nie przypominam sobie naprawdę konkretnej, nazwijmy to, medialnej, decyzji. Jest kładka na Drwęcy, owszem, ale chyba na tym koniec. Reszty efektów pracy obecnego burmistrza nie widzę. Fakt, jak wiele razy podkreślała pani Kopiczyńska, w urzędzie jest sporo spraw do wyprostowania. Dla mnie jednak to żadne wytłumaczenie.
Nie wiem co powiedzieć, a w zasadzie napisać. Ciężko mi ocenić coś, czego nie widzę. A nie widzę wspomnianych efektów pracy. Owszem, to dopiero nieco ponad rok, ale z drugiej strony, to już ponad rok. Wiele osób, z którymi rozmawiam na temat naszych władz, jest rozczarowanych ich postawą. Wielu podkreśla, że żałuje, że zagłosowało na Alinę Kopiczyńską, bo w mieście nic się nie dzieje. A czy ja żałuję? Hmmm... Na chwilę obecną użyję raczej określenia "jestem rozczarowany". Rozczarowany, bo podobnie jak znajomi, których namawiałem do głosowania na ową panią, nie widzę efektów jej pracy. Żeby mnie o coś nie posądzono - nie twierdzę, że burmistrz nic nie robi. Twierdzę, i to jest moje subiektywne zdanie nie jako dziennikarza a wyborcy, że nie widać, by coś konkretnego robiła.
Podobnie zresztą jest z naszą radą miasta. Sesje, przyznam szczerze, już mi się powoli nudzą. Najciekawsze są interpelacje i wnioski, ale niekiedy odpowiedzi na nie nie słyszę, bo burmistrz woli odpowiedzieć radnym w ustawowym terminie na piśmie. Radni jakoś za szczególnie się nie udzielają. Ot Marcin Deja o coś tam zapyta, Bogdan Cieplak też często zagaduje, no i radna Lilia Karczyńska. Te trzy osoby są jakoś tak najbardziej ciekawe tego czy tamtego. Jest jeszcze poczciwy Adam Straus, popularny Bilu. Jego podziwiam i szanuję. I to bardzo, to nie ironia. Facet wie, że nie jest jakimś inteligentem, ma problemy z wysławianiem się i przyznaje się do tego na każdym kroku. Najważniejsze jest to, że wcale się tym nie przejmuje. Robi to co robi tak, jak potrafi, pyta jak potrafi. Ma gość serce. Naprawdę. I takich ludzi z sercem nam trzeba do tego, by rozbujać to miasto. Zaangażowanych, próbujących, pytających co i jak dobrze zrobić. Nie takich, którzy siedzą, słuchają, jak już muszą, to coś tam powiedzą i tyle. Potrzeba nam burmistrza, który nie boi się podejmować trudnych decyzji, takiego, który powie swoim pracownikom, że powinni znaleźć sposób, by coś można było zrobić (w zgodzie z prawem oczywiście), a nie z góry zakładać, że nie da się tego zrobić. Zakręcone zdanie, ale chyba wiadomo o co chodzi.
Tak że na razie jestem rozczarowany. Zarówno radą miasta jako ogółem, jak i burmistrzem. Liczę jednak, że przez ten czas, który pozostał do końca kadencji, zrobią wiele dobrego dla naszego Nowego Miasta Lubawskiego, naszej małej ojczyzny. Liczę na hasło, które przyświecało Alinie Kopiczyńskiej przed wyborami - Dotrzymuję słowa. Oby to nie były puste słowa.
P.S. Tak gwoli wyjaśnienia. Wszystkich radnych jak i burmistrza darzę ogromną i szczerą sympatią. Prywatnie to naprawdę dobrzy ludzie, tak ich przynajmniej odbieram. Oceniam ich pracę, nie ich samych. I czynię to, bo mam do tego prawo jako mieszkaniec Nowego Miasta Lubawskiego i jako wyborca. Podobne prawo ma każdy z Was. A więc? Jak Wy oceniacie pracę naszego samorządu?
O czym dzisiaj? Postanowiłem, że odniosę się do sondy, którą od kilku dni prowadziłem na moim blogu, co niniejszym czynię. A więc: pytałem, na kogo głosowaliście. Wynik jest taki, jak się spodziewałem - większość z Was na Alinę Kopiczyńską. Podobnie było podczas wyborów - ponad 50 procent głosujących postawiło krzyżyk właśnie przy nazwisku naszego obecnego burmistrza. Wiązałem z tym wyborem ogromne nadzieje. Po okresie, w którym burmistrzem była Lidia Grabowska uważałem, że potrzebny jest nowy impuls, świeżość, a przede wszystkim nowa jakość i odpowiednie decyzje odpowiedniej osoby na odpowiednim stanowisku. Była burmistrz Grabowska była osobą kontrowersyjną, której wielu wiele miało i nadal ma coś do zarzucenia. Obecna pani burmistrz jest inna. Jest cicha, spokojna, a już na pewno nie jest kontrowersyjna. Jednak różnica między tymi osobami jest taka, że mimo wszystkiego, co mieliśmy do zarzucenia Lidii Grabowskiej, była ona konkretną kobietą. Potrafiła uderzyć ręką w stół i powiedzieć, że to i to ma być zrobione i... to było robione. Pracownicy urzędu bali się jej jak ognia. A jak jest teraz? Hmm... Na razie minął nieco ponad rok odkąd nowym burmistrzem jest Alina Kopiczyńska. Jednak w ciągu tego okresu jakoś nie przypominam sobie naprawdę konkretnej, nazwijmy to, medialnej, decyzji. Jest kładka na Drwęcy, owszem, ale chyba na tym koniec. Reszty efektów pracy obecnego burmistrza nie widzę. Fakt, jak wiele razy podkreślała pani Kopiczyńska, w urzędzie jest sporo spraw do wyprostowania. Dla mnie jednak to żadne wytłumaczenie.
Nie wiem co powiedzieć, a w zasadzie napisać. Ciężko mi ocenić coś, czego nie widzę. A nie widzę wspomnianych efektów pracy. Owszem, to dopiero nieco ponad rok, ale z drugiej strony, to już ponad rok. Wiele osób, z którymi rozmawiam na temat naszych władz, jest rozczarowanych ich postawą. Wielu podkreśla, że żałuje, że zagłosowało na Alinę Kopiczyńską, bo w mieście nic się nie dzieje. A czy ja żałuję? Hmmm... Na chwilę obecną użyję raczej określenia "jestem rozczarowany". Rozczarowany, bo podobnie jak znajomi, których namawiałem do głosowania na ową panią, nie widzę efektów jej pracy. Żeby mnie o coś nie posądzono - nie twierdzę, że burmistrz nic nie robi. Twierdzę, i to jest moje subiektywne zdanie nie jako dziennikarza a wyborcy, że nie widać, by coś konkretnego robiła.
Podobnie zresztą jest z naszą radą miasta. Sesje, przyznam szczerze, już mi się powoli nudzą. Najciekawsze są interpelacje i wnioski, ale niekiedy odpowiedzi na nie nie słyszę, bo burmistrz woli odpowiedzieć radnym w ustawowym terminie na piśmie. Radni jakoś za szczególnie się nie udzielają. Ot Marcin Deja o coś tam zapyta, Bogdan Cieplak też często zagaduje, no i radna Lilia Karczyńska. Te trzy osoby są jakoś tak najbardziej ciekawe tego czy tamtego. Jest jeszcze poczciwy Adam Straus, popularny Bilu. Jego podziwiam i szanuję. I to bardzo, to nie ironia. Facet wie, że nie jest jakimś inteligentem, ma problemy z wysławianiem się i przyznaje się do tego na każdym kroku. Najważniejsze jest to, że wcale się tym nie przejmuje. Robi to co robi tak, jak potrafi, pyta jak potrafi. Ma gość serce. Naprawdę. I takich ludzi z sercem nam trzeba do tego, by rozbujać to miasto. Zaangażowanych, próbujących, pytających co i jak dobrze zrobić. Nie takich, którzy siedzą, słuchają, jak już muszą, to coś tam powiedzą i tyle. Potrzeba nam burmistrza, który nie boi się podejmować trudnych decyzji, takiego, który powie swoim pracownikom, że powinni znaleźć sposób, by coś można było zrobić (w zgodzie z prawem oczywiście), a nie z góry zakładać, że nie da się tego zrobić. Zakręcone zdanie, ale chyba wiadomo o co chodzi.
Tak że na razie jestem rozczarowany. Zarówno radą miasta jako ogółem, jak i burmistrzem. Liczę jednak, że przez ten czas, który pozostał do końca kadencji, zrobią wiele dobrego dla naszego Nowego Miasta Lubawskiego, naszej małej ojczyzny. Liczę na hasło, które przyświecało Alinie Kopiczyńskiej przed wyborami - Dotrzymuję słowa. Oby to nie były puste słowa.
P.S. Tak gwoli wyjaśnienia. Wszystkich radnych jak i burmistrza darzę ogromną i szczerą sympatią. Prywatnie to naprawdę dobrzy ludzie, tak ich przynajmniej odbieram. Oceniam ich pracę, nie ich samych. I czynię to, bo mam do tego prawo jako mieszkaniec Nowego Miasta Lubawskiego i jako wyborca. Podobne prawo ma każdy z Was. A więc? Jak Wy oceniacie pracę naszego samorządu?
Etykiety:
burmistrz,
nowe miasto lubawskie,
polityka,
rada,
wybory
piątek, 7 marca 2008
Krytyka buduje, dlatego jest potrzebna
Któż z nas lubi, kiedy się go krytykuje? No któż? Chyba nie ma takiej osoby. Przyznam, że sam średnio lubię, gdy ktoś mi wytyka takie a takie potknięcie. Ale czasami trzeba krytyki. Trzeba jej, bo ona nas buduje, ma wpływ na nasze postępowanie i nasz rozwój. Nie oszukujmy się, nikt z nas nie jest ideałem. I do tego ideału każdemu z nas brakuje mniej więcej tyle, ile producentom "Mody na sukces" do zrozumienia, że ich serial zrobił się nudny już 10 lat temu. Słowem - wiele nam brakuje.
Tyleż samo do ideału brakuje naszej władzy. Nie tylko tej na górze, ale też tej "małej", lokalnej, naszemu samorządowi. Ktoś powie, że łatwo mi mówić, bo siedzę z boku. Ano ma ten ktoś rację. Łatwo mi mówić, bo stoję po drugiej stronie barykady. Nie jestem radnym czy burmistrzem, nie wiem jak to jest, siedzieć w ich fotelach. Wiem jednak, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Każdy z nas przekonał się o tym dając wiarę wielu obietnicom przedwyborczym, a potem zawodząc się na swoim wybrańcu. Ale naszym świętym prawem jest owa krytyka. To my jesteśmy wyborcami, to nasze głosy zdecydowały o tym, czy ktoś dostał się na stołek czy nie, czy ktoś został wójtem/burmistrzem, czy nie. Dlatego każdy może krytykować i oceniać działania władzy. Ja także, bo głos na wyborach oddałem. Bo na wybory trzeba chodzić, by m.in. z podniesioną głową móc potem krytykować, choć bywa tak, że ci, którzy nie chodzą, najwięcej do powiedzenia potem mają. Ale dziś nie o tym. Dziś o krytyce władzy. Krytyce, której władza nie lubi. Żadna władza.
Wspomniałem już, że sam krytyki nie lubię. Ale krytykę, zwłaszcza konstruktywną, bardzo szanuję. Bo, co jak co, ale taka krytyka sprawia, że się rozwijamy, nie uważamy się za centrum wszechświata, alfę i omegę, istotę nieomylną. Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi, mawiał Lenin. I miał rację. Mylenie się, popełnianie błędów, to ludzka sprawa. Ważne jest, żeby potrafić przyznać się do tych błędów.
A jak jest z naszą władzą, tą lokalną? Odnoszę wrażenie, że wielu jej przedstawicieli krytyki nie znosi. Wystarczy tylko głośno coś powiedzieć (w moim przypadku napisać) i już dochodzą człowieka różne słuchy. Że nie podobało się to, że nie podobało się tamto, że jest się stronniczym. Daleko mi do stronniczości. Krytykuję, wytykam błędy, bo mam takie prawo. A ci, którzy do władzy się, za przeproszeniem, pchali, powinni byli zdawać sobie sprawę z tego, że krytyka ich nie ominie. Czasami jednak odnoszę wrażenie, że niektórzy jakby byli zdziwieni, że ktoś ośmiela się ich krytykować. Może nie potrafią zrozumieć tego, że krytyka nie jest po to, by kogoś "obsmarować", a po to, by zasugerować, przekazać, że coś jest nie tak, że coś mogłoby wyglądać inaczej.
Odkąd pamiętam kierowałem się w życiu tym, że tylko mało inteligentny człowiek nie rozumie krytyki, uważa ją za coś właśnie obraźliwego. A krytyka, powtarzam po raz wtóry, buduje. Przez to, że krytykuję, wielu ma mnie za swojego wroga. A ja niczyim wrogiem być nie chcę. Uważam się za otwartą i sympatyczną osobę, która chce dobrze dla tego miasta...
Z drugiej jednak strony, jak mawiał Benjamin Franklin, człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.
Tyleż samo do ideału brakuje naszej władzy. Nie tylko tej na górze, ale też tej "małej", lokalnej, naszemu samorządowi. Ktoś powie, że łatwo mi mówić, bo siedzę z boku. Ano ma ten ktoś rację. Łatwo mi mówić, bo stoję po drugiej stronie barykady. Nie jestem radnym czy burmistrzem, nie wiem jak to jest, siedzieć w ich fotelach. Wiem jednak, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Każdy z nas przekonał się o tym dając wiarę wielu obietnicom przedwyborczym, a potem zawodząc się na swoim wybrańcu. Ale naszym świętym prawem jest owa krytyka. To my jesteśmy wyborcami, to nasze głosy zdecydowały o tym, czy ktoś dostał się na stołek czy nie, czy ktoś został wójtem/burmistrzem, czy nie. Dlatego każdy może krytykować i oceniać działania władzy. Ja także, bo głos na wyborach oddałem. Bo na wybory trzeba chodzić, by m.in. z podniesioną głową móc potem krytykować, choć bywa tak, że ci, którzy nie chodzą, najwięcej do powiedzenia potem mają. Ale dziś nie o tym. Dziś o krytyce władzy. Krytyce, której władza nie lubi. Żadna władza.
Wspomniałem już, że sam krytyki nie lubię. Ale krytykę, zwłaszcza konstruktywną, bardzo szanuję. Bo, co jak co, ale taka krytyka sprawia, że się rozwijamy, nie uważamy się za centrum wszechświata, alfę i omegę, istotę nieomylną. Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi, mawiał Lenin. I miał rację. Mylenie się, popełnianie błędów, to ludzka sprawa. Ważne jest, żeby potrafić przyznać się do tych błędów.
A jak jest z naszą władzą, tą lokalną? Odnoszę wrażenie, że wielu jej przedstawicieli krytyki nie znosi. Wystarczy tylko głośno coś powiedzieć (w moim przypadku napisać) i już dochodzą człowieka różne słuchy. Że nie podobało się to, że nie podobało się tamto, że jest się stronniczym. Daleko mi do stronniczości. Krytykuję, wytykam błędy, bo mam takie prawo. A ci, którzy do władzy się, za przeproszeniem, pchali, powinni byli zdawać sobie sprawę z tego, że krytyka ich nie ominie. Czasami jednak odnoszę wrażenie, że niektórzy jakby byli zdziwieni, że ktoś ośmiela się ich krytykować. Może nie potrafią zrozumieć tego, że krytyka nie jest po to, by kogoś "obsmarować", a po to, by zasugerować, przekazać, że coś jest nie tak, że coś mogłoby wyglądać inaczej.
Odkąd pamiętam kierowałem się w życiu tym, że tylko mało inteligentny człowiek nie rozumie krytyki, uważa ją za coś właśnie obraźliwego. A krytyka, powtarzam po raz wtóry, buduje. Przez to, że krytykuję, wielu ma mnie za swojego wroga. A ja niczyim wrogiem być nie chcę. Uważam się za otwartą i sympatyczną osobę, która chce dobrze dla tego miasta...
Z drugiej jednak strony, jak mawiał Benjamin Franklin, człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.
wtorek, 4 marca 2008
Historia dobiega końca...
A więc stało się... To już (chyba) koniec Drwęcy... Piszę chyba, bo w końcu nadzieja umiera ostatnia, jak pisałem w jednym z poprzednich postów. Ale tak szczerze mówiąc, nie mam zbyt wielkich złudzeń. Moim zdaniem to już jest koniec. Koniec nie tylko klubu, ale też jego 89-letniej historii, a także sportu w Nowym Mieście. Jest oczywiście sport szkolny (MUKS Olimpia), ale na tym koniec. Słowem koniec Drwęcy to koniec sportu masowego, tego, który dostarczał raz na dwa tygodnie jakichś emocji. A teraz emocji co niektórym dostarczać będzie otwieranie wina przy sklepie. Bo co tu robić w sobotę, prawda?
W zasadzie to nie wiem, kto jest temu winien. Odezwą się głosy, że władze miasta. Hmm... Po części, może i tak. Bo w sumie radni mogli zagospodarować odpowiednią ilość środków finansowych na tzw. szkolenie dzieci i młodzieży. Nie mówię tu o kwocie 500 tysięcy złotych. Ale przy budżecie 34 miliony zł, te 150 tys. nie byłoby jakąś ogromną kwotą dla miasta, a dla klubu to jednak spora pomoc.
Inną sprawą jest brak zainteresowania nowomieszczan sprawami nowomiejskimi. Bo przecież nowomiejską sprawą jest Drwęca. To w końcu klub nowomiejski, a nie prywatny. Tylko, że swoje zainteresowanie tą nowomiejską sprawą wyrazili zarówno przedsiębiorcy jak i burmistrz Alina Kopiczyńska. Tych pierwszych była garstka, a jeśli chodzi o panią burmistrz, to po prostu po chwili sobie wyszła (o czym już wcześniej pisałem). Nie dziwię się więc Janowi Szynace, przedsiębiorcy z Lubawy, że nie chce (w tej chwili) sponsorować klubu. Rozmawiałem z nim i w sumie potwierdził to, do czego sam wcześniej doszedłem. A chodzi o prostą sprawę - skoro ludziom z Nowego Miasta nie zależy na ratowaniu klubu, to dlaczego ma zależeć komuś z Lubawy? Dla mnie sprawa oczywista, pan Szynaka ma całkowitą rację.
Cóż, wychodzi więc na to, że sprawdzi się to, co napisałem kiedyś na łamach Gazety Olsztyńskiej - zamiast 90-lecia klubu będziemy mieli jego pogrzeb. Jeśli nie zdarzy się cud, to tak będzie. I nie ma co się łudzić. Zawodnicy już się rozjechali, do ligi został nieco ponad tydzień, trenera nie ma, nie ma pieniędzy. Jest za to dług i wciąż walczący Daniel Cieplak. Podziwiam go, ale tak naprawdę, to mu współczuję. Jest niemal sam, jedyny, który jeszcze wierzy. Ja w głębi ducha też wierzę, jeszcze mam nadzieję, ale z każdym dniem jest jej coraz mniej. Bo z każdym dniem nasze szanse (pisząc nasze mam na myśli Drwęcę) maleją.
Wyjść nie ma zbyt wielu. Dla mnie najrozsądniejszym byłoby, gdyby juniorzy dokończyli swoje rozgrywki, po czym należałoby ogłosić upadłość klubu i stworzyć nowy, np. KP Drwęca. Wówczas, dzięki przychylności Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, może moglibyśmy rozpocząć rozgrywki od ligi wyższej niż B, czy nawet A klasa. Najbliższe tygodnie pokażą, co to będzie. Ale jakoś optymistycznie tego nie widzę. I powiem Wam szczerze - bardzo chciałbym nie mieć w tym przypadku racji...
W zasadzie to nie wiem, kto jest temu winien. Odezwą się głosy, że władze miasta. Hmm... Po części, może i tak. Bo w sumie radni mogli zagospodarować odpowiednią ilość środków finansowych na tzw. szkolenie dzieci i młodzieży. Nie mówię tu o kwocie 500 tysięcy złotych. Ale przy budżecie 34 miliony zł, te 150 tys. nie byłoby jakąś ogromną kwotą dla miasta, a dla klubu to jednak spora pomoc.
Inną sprawą jest brak zainteresowania nowomieszczan sprawami nowomiejskimi. Bo przecież nowomiejską sprawą jest Drwęca. To w końcu klub nowomiejski, a nie prywatny. Tylko, że swoje zainteresowanie tą nowomiejską sprawą wyrazili zarówno przedsiębiorcy jak i burmistrz Alina Kopiczyńska. Tych pierwszych była garstka, a jeśli chodzi o panią burmistrz, to po prostu po chwili sobie wyszła (o czym już wcześniej pisałem). Nie dziwię się więc Janowi Szynace, przedsiębiorcy z Lubawy, że nie chce (w tej chwili) sponsorować klubu. Rozmawiałem z nim i w sumie potwierdził to, do czego sam wcześniej doszedłem. A chodzi o prostą sprawę - skoro ludziom z Nowego Miasta nie zależy na ratowaniu klubu, to dlaczego ma zależeć komuś z Lubawy? Dla mnie sprawa oczywista, pan Szynaka ma całkowitą rację.
Cóż, wychodzi więc na to, że sprawdzi się to, co napisałem kiedyś na łamach Gazety Olsztyńskiej - zamiast 90-lecia klubu będziemy mieli jego pogrzeb. Jeśli nie zdarzy się cud, to tak będzie. I nie ma co się łudzić. Zawodnicy już się rozjechali, do ligi został nieco ponad tydzień, trenera nie ma, nie ma pieniędzy. Jest za to dług i wciąż walczący Daniel Cieplak. Podziwiam go, ale tak naprawdę, to mu współczuję. Jest niemal sam, jedyny, który jeszcze wierzy. Ja w głębi ducha też wierzę, jeszcze mam nadzieję, ale z każdym dniem jest jej coraz mniej. Bo z każdym dniem nasze szanse (pisząc nasze mam na myśli Drwęcę) maleją.
Wyjść nie ma zbyt wielu. Dla mnie najrozsądniejszym byłoby, gdyby juniorzy dokończyli swoje rozgrywki, po czym należałoby ogłosić upadłość klubu i stworzyć nowy, np. KP Drwęca. Wówczas, dzięki przychylności Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, może moglibyśmy rozpocząć rozgrywki od ligi wyższej niż B, czy nawet A klasa. Najbliższe tygodnie pokażą, co to będzie. Ale jakoś optymistycznie tego nie widzę. I powiem Wam szczerze - bardzo chciałbym nie mieć w tym przypadku racji...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

