niedziela, 9 listopada 2008

Portal dla ludzi z klasą

W jednym z komentarzy do mojego posta ktoś poprosił o to, bym napisał co sądzę o portalu Nasza Klasa, co niniejszym czynię.

Nasza Klasa zrodziła się z czegoś tak banalnego i prostego, że aż dziw, że powstała dopiero niedawno. Do szkoły chodził każdy z nas, ale jakoś nikt z nas nie wpadł na to, by stworzyć portal dla klas. Znalazł się ktoś, kto w prostocie zauważył jej genialność i mamy NK. Z początku byłem nastawiony jakoś tak anty. Owszem, zarejestrowałem się po kilku tygodniach funkcjonowania portalu, ale od tego momentu nie zaglądałem tam przez kilka miesięcy.

Kiedy w końcu postanowiłem odświeżyć sobie pamięć i zajrzeć na wspomnianą stronę, zaczęło się ;) Coraz to nowi-starzy znajomi, których nie widziałem od kilku lat, znaleźli się w mojej liście kontaktów. Odświeżyłem trochę znajomości, zrobiło się miło. Jednak miło przestało się robić, kiedy z ciekawego, społecznościowego portalu zaczęła się robić komercyjna machina do robienia pieniędzy. Szkoda, że coraz więcej funkcji na NK jest dostępnych odpłatnie. Ale cóż, taki już mamy ten świat, pieniądz goni pieniądz. Poza tym NK stała się nie tylko portalem do nawiązywania kontaktów, a powoli przekształca się w fotoblog, na którym ludzie zamieszczają setki zdjęć, a komentarzy typu "fajniusia fotusia" są dziesiątki. Ale taki jest już trend w internetowej modzie. Przynajmniej ja to tak odbieram. Generalnie Nasza Klasa jest bardzo ciekawym pomysłem, inicjatywą, dzięki której można nawiązać masę znajomości i odnaleźć członków rodziny. I to się chwali. Na minus jednak oceniam jej coraz większą komercjalizację. I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje zdanie na ten temat. Teraz szukam czegoś nowego, jakiejś nowej weny.

P.S. Dziś zamykam możliwość anonimowego komentowania. To, niestety, staje się już coraz bardziej niepoważne. Ja pod swoim zdaniem na konkretny temat podpisuję się imieniem i nazwiskiem, tego samego oczekiwałem od Was, drodzy Czytelnicy. Niestety niemal nikt nie miał odwagi się przedstawić. Od teraz, jeśli chcecie komentować - podpisujcie się pod tym.

piątek, 7 listopada 2008

Skóra, fura i komóra

Starostwo Powiatowe w Nowym Mieście chce kupić nowy samochód do służbowych wyjazdów. Jak do tej pory starosta czy urzędnicy korzystali z autka marki Hyundai. Niespełna 10-letnia Sonata sypie się podobno, więc trzeba kupić nową furę. Z kasy powiatu ma iść na to 75 tysięcy złotych (plus pieniądze ze sprzedaży poczciwej Sonaty). Przytoczę teraz troszkę o wymaganiach urzędu co do nowego autka: 1.Wymagania techniczne: pojemność silnika min. 2000 cm3, moc silnika od 140 do 150 KM, typ nadwozia – sedan 4 drzwiowy, 5 miejsc siedzących, 2.Wymogi bezpieczeństwa minimum: pięć poduszek powietrznych: 2 czołowe - kierowcy i pasażera z przodu, 2 boczne - dla kierowcy i pasażera z przodu,1 chroniąca kolana kierowcy, systemy: ABS, EBA, ESP lub równoważne. 3. Wymagane dodatkowe wyposażenie: klimatyzacja elektroniczna klimatronic, dwustrefowa, reflektory ksenonowe oraz przeciwmgielne, spryskiwacze reflektorów, wspomaganie kierownicy, regulacja kierownicy w dwóch osiach, tempomat, skrzynia biegów manualna (minimum 5 – przód, wsteczny), obręcze kół ze stopów lekkich minimum 16”, czujniki parkowania z przodu i z tyłu auta, elektrycznie sterowane i podgrzewane lusterka zewnętrzne, elektrycznie podnoszone szyby (przód , tył) z blokadą antyprzytrzaskową, komputer pokładowy, immobiliser, autoalarm, centralny zamek sterowany pilotem, zderzaki i lusterka w kolorze nadwozia, instalacja radiowa mp3 z minimum 6 głośnikami, lakier metalic, kolor czarny lub grafit, tapicerka jasna z wykładzinami, fotel kierowcy i pasażera regulowany na wysokość, komplet opon letnich i zimowych wraz z felgami stalowymi z kołpakami i parę innych. Nieźle, co nie?

Kasa podobno na to jest, bo urząd wypracował sobie oszczędności, więc przeznaczy je na zakup samochodu. Stary, jak już wspominałem, podobno się sypał. Eh... nie rozumiem tego. Wiem, wiem, starostwo to urząd i na wyjazdy trzeba jakoś się zabrać. Hmm... Ale to jednak nieźle kosztuje. Za taką Sonatę z 1999 roku można dostać jakieś 12-14 tysięcy. Doliczmy do tego 75 tysięcy z kasy, daje nam to prawie 90. A to już niezła kwota na całkiem niezłą furę. A taki Urząd Miasta jakoś sobie bez służbowego samochodu radzi. Na wyjazdy rozpisywane są delegacje, ewentualnie czasami w trasę rusza Fiat Doblo Straży Miejskiej. No, ale widocznie w starostwie pieniądze na to są, a na inne wydatki jakoś nie ma...

Tak na podsumowanie powiem tylko, że w mojej opinii nasz powiat jest raczej biednym powiatem. No, ale kto biednemu zabroni bogato żyć, prawda?

Nasza Klasa, czyli obowiązkowa lektura dla każdego

Dziś napiszę o czymś mniej przyziemnym i dotyczącym w mniejszym stopniu nowomiejskiego podwórka. Ale czy na pewno? Hmm... O czym dziś? A o filmie, kinie, dramacie i... w zasadzie o tym co dzieje się wokół nas, a czego nie zauważamy (nie chcemy?) lub zauważamy, ale nie zwracamy na to większej uwagi.

Rzecz tyczy się filmu Nasza Klasa (“Klass”), filmu estońskiego reżysera Ilmana Raaga. Kiedy przeczytałem opis tego filmu na filmwebie (www.filmweb.pl) wahałem się, czy wybrać się na niego do kina. Ot, kolejny film o życiu w szkole. Myślałem sobie, czym może mnie zaskoczyć. Ale jakoś się skusiłem. I nie żałuję. Film, oparty na autentycznych wydarzeniach, opowiada historię Joosepa, kilkunastoletniego chłopca. Joosep jest zamknięty w sobie, cichy, można powiedzieć, że po prostu inny niż reszta nastolatków. I to jest powodem jego problemów. Klasa go nie akceptuje. Może nie tyle sama klasa, co jej przywódca (samozwańczy zresztą). Joosep jest poniżany, bity, prześladowany. Kiedy w jego obronie w końcu staje jeden z jego dotychczasowych oprawców (Kaspar), sam staje się ofiarą swoich kolegów. Przemoc rówieśników nie zna granic, metody jej stosowania także. W końcu Joosep i Kaspar pękają, nie wytrzumują. Ojciec Joosepa to wojskowy. Domyślcie się, jak skończyła się ta historia...

Kiedy oglądałem ten film przypominałem sobie jak to było za moich czasów w szkole. Doszedlem do wniosku, że w sumie... tak jak w tym filmie. Wszędzie, w każdej szkole, dzieją się takie rzeczy. W każdej klasie jest ktoś, z kogo młodzież robi sobie żarty, mniej lub bardziej wymyślne. Na szczęście jeszcze nie wszędzie doszło do takiego zakończenia, jak w przypadku estońskiej historii... Moim zdaniem film Nasza Klasa powinien być obowiązkową lekturą nie tylko dla uczniów gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych, ale przede wszystkim także dla nauczycieli i rodziców. Mam nadzieję, że niedługo będzie on wyświetlany w naszej Harmonii i szkoły zdecydują się wybrać na jego projekcję. Bo tak naprawdę, to ta historia może wydarzyć się także tutaj. Dlatego trzeba zobaczyć ten film.

sobota, 18 października 2008

Czekamy na rachunek sumienia

Zostałem wywołany do tablicy przez jednego z Czytelników, by skomentować ostatnie podwyżki naszych samorządowców. I tak miałem zamiar to zrobić, szukałem tylko chwili wolnego czasu. Chwila się znalazła, więc i czas na komentarz.

Tak szczerze mówiąc, to nie wiem co powiedzieć/napisać. Zwyczajnie brak mi słów. Z kilku powodów. Pierwszy to sama podwyżka dla pani burmistrz. Radni argumentowali to tym, że wykonała „kawał dobrej roboty” pozyskując dla miasta ponad milion złotych przychodu z tytułu sprzedanych nieruchomości. Fajnie, super, pięknie. Cieszę się z tego, że miasto zarabia dzięki działaniom burmistrza. Naprawdę. Tylko, hmmm, czy to właśnie nie jest jedno z podstawowych zadań burmistrza? Czy gospodarz miasta przez całą swoją kadencję nie powinien pracować na korzyść miasta? Odpowiedź jest prosta – tak. Dlatego właśnie nie rozumiem skąd ta podwyżka. Pani burmistrz zrobiła to, co do niej należało i chwała jej za to. Ale od razu podwyżka? Moim zdaniem źle się dzieje, że tak się dzieje. O, w tym wypadku zasadna byłaby np. jednorazowa premia, powiedzmy 2-3 tys. zł jakiejś tam nagrody. Taki bonus, za faktycznie dobrą robotę. I raczej nikt by się tego nie czepiał. A tak mamy powód do rozmów i komentowania. Bo w sumie 9750 zł brutto (było 8550), to troszkę jest. Więcej niż Czesław Małkowski, prezydent Olsztyna (ok. 9,3 tys.) i wojewoda Marian Podziewski (ok. 9,5)...

Cóż, zdaniem 15 radnych pani burmistrz na to zasługuje. Moim zdaniem, nie. Ciekawie skomentował to ktoś pod moim tekstem dotyczącym podwyżki na http://www.nowemiasto.wm.pl/ (swoją drogą zachęcam do wzięcia udziału w sondzie na ten temat – znajdziecie ją przy tekście). Niejaki „Podatnik” napisał: przez poprzednie 6 kwartałów tej kadencji nie udawało Jej się tego sprzedać – nie wykonywała kawału dobrej roboty. Za każdy kwartał „nicnierobienia” należała się obniżka 1.200 zł. Obecna pensja Pani burmistrz powinna więc wynosić: 8.550 – 6 x 1.200 = 1.350 + 1.200 = 2.550 zł. Ciekawy tok myślenia, co nie?

A propos podwyżki burmistrza, nie można nie wspomnieć o podwyżce dla starosty Stanisława Czajki. Tam to już w ogóle jest, moim zdaniem, przesada. Starosta nie zarabiał mało, bo 9,6 tys. zł brutto. Teraz ma 10,5. Za co? Znacie odpowiedź? Bo ja niestety nie. Jakichś spektakularnych sukcesów nie pamiętam i o ile argumentacja nowomiejskich radnych jeszcze z przymkniętym okiem jakoś by przeszła, to już podwyżka w powiecie nie ma uzasadnienia.

Co do podwyżki diet radnych mam mieszane uczucia. Dieta do tej pory wynosiła 350 zł, teraz będzie 500, a zmiany nie były wprowadzane od 2003 roku. No, powiedzmy. Niektórzy radni na to zasługują, bo faktycznie coś działają dla miasta. Inni nieco mniej, a inni po prostu, z tego co obserwuję, jakoś niewiele się udzielają. Podwyżka dla wiceprzewodniczących jest już spora, bo z 400 na 700 zł. Dużo. Ale generalnie co do podwyżki dla radnych nie mam jakichś większych zastrzeżeń. Niektórym się należała, innym nie.

A skoro jestem przy radnych, to dziwię się, że tak jednogłośnie podjęli uchwałę w sprawie nowego wynagrodzenia dla burmistrza. Dziwię się Bogdanowi Cieplakowi, Adamowi Strausowi i Marcinowi Deja i jeszcze kilku innym, których uważałem za bardziej rozsądnych. A już słowa Marcina Deja, który jako pierwszy powiedział słynne już: kawał dobrej roboty, nieco mnie zdziwiły. Spodziewałem się takich określeń, ale nie z jego ust. Marcin ma podobne do moich poglądy. Dlatego zdziwiło mnie jego wystąpienie. Myślałem, że powie to, co napisałem wyżej, że takie działanie burmistrza powinno być normalnością i codziennością. A tu zonk. Zresztą nie tylko ja się zdziwiłem. Boguś Drogorób i Grzesiu Podkomorzy, z którymi siedziałem na sesji, też byli w szoku.

Cóż, jeszcze z Marcinem nie rozmawiałem, ale liczę na to, że wytłumaczy mi co miał na myśli mówiąc te słowa. Zapewne tutaj zajrzy, przeczyta mój wpis i go skomentuje. Odpowiedź na to pytanie chciałoby znać pewnie wielu moich Czytelników. Zatem, panie radny, czekamy. Czekamy na rachunek sumienia. Taki rachunek powinien zrobić każdy z radnych. Odpowiedzieć sobie na pytanie – dlaczego podniosłem rękę przy tym głosowaniu. Z chęcią poznam te odpowiedzi.

czwartek, 25 września 2008

Wielcy mali ludzie

Nie jest łatwo. W ogóle, uwierzcie mi. Zaglądam tutaj często i często zastanawiam się o czym napisać. Wbrew pozorom nie jest to łatwe, tak jak napisałem na początku. Jak jest w Nowym Mieście, każdy kto tutaj jest, widzi. Ot, rutyna. Człowiek po skończeniu szkoły (czy to średniej, czy studiów dziennych) kończy też z „młodością”. Wtedy trzeba podgiąć rękawy i wziąć się do roboty. Stąd też czasami tego czasu brakuje. Chociażby na szukanie tematów na bloga. Choć wczoraj coś znalazłem, a w zasadzie kogoś.

Stefan Zieliński. Fajny gość z naszego doktora. Znamy go, bo kto nie zna doktora Zielińskiego. Starszy felczer od 50 lat (słownie: pięćdziesięciu) nam pomaga. Zrobiłem z nim krótki wywiad. Krótki, bo żeby ogarnąć to wszystko, o czym mi opowiadał, potrzeba wielu stron. Zapraszam zatem do lektury jutrzejszej Gazety Nowomiejskiej. Tam Stefan Zieliński opowiada, jak mu się przez te 50 lat pracowało. I przyznam szczerze, fajna (dość popularne ostatnio określenie) ta rozmowa. Doktor przyznał się do tego, że też choruje ;), że jest już starszym człowiekiem (co zresztą nie jest tajemnicą). Ale podziwiam go za to. Bo niektórzy wysoko nos noszą i kiedy ich się człowiek spyta, czy sobie radzą, to zawsze mówią, że tak, że owszem, a prawdę mówiąc, bywa z nimi kiepsko. A nasz radny miejski, bo przecież Stefan Zieliński pełni ten społeczny mandat, nie krył tego, że ma już 71 lat na karku i czasami ma po prostu dość. Każdy z nas by miał. Rozumiemy to, doktorze. I rozumieją to pańscy pacjenci. Ci, którzy stoją w kolejce do rejestracji i proszą o wizytę „tylko u Zielińskiego”. To ogromny kredyt zaufania. Gratuluję.

Drugą osobą, o której zamierzam dziś coś jeszcze napisać, to Janusz Laskowski. Tego faceta też podziwiam. Nie wiem, czy wiecie, że Janusz Laskowski jest fanatykiem historii i genealogii. O nim akurat będę pisał do jednego z kolejnych wydań Reportera, dodatku do Gazety Nowomiejskiej. Janusz Laskowski jest bowiem niesamowitym człowiekiem. Niesamowitym pod względem zaangażowania, które wkłada w tworzenie drzewa genealogicznego swojej rodziny. Spotkałem się z nim we wtorek i szczerze mówiąc, myślałem, że od niego nie wyjdę. Opowiadał historię swojej rodziny, której się dokopał gdzieś w dokumentach, Internecie, książkach i dosłownie wszystkim, w czym się tylko swoje korzenie da odnaleźć. Coś czuję, że kroi mi się ciekawy reportaż, ale póki jest on w rozsypce, nie będę zbyt wielu szczegółów zdradzał.

W jutrzejszym wydaniu Reportera powinien ukazać się mój tekst o Jarku Jaroszewskim z Nowego Miasta. Wiecie kto to? Zapewne niewielu go zna. Ano Jarek, oprócz tego że jest ratownikiem medycznym, jest też rogownikiem. Któż to taki ten rogownik? To rzemieślnik, średniowieczny rzemieślnik, który z rogów (np. krowich) wyrabia naczynia do picia lub instrumenty do grania. Zaskakujące, prawda? Mało kto wiedział, że kiedyś był taki zawód, a tym bardziej mało kto wiedział, że taka osoba mieszka w Nowym Mieście. Zapraszam do lektury.

Tak na zakończenie wspomnę jedynie o tym, co zauważyłem. A mianowicie zauważyłem, że na terenie Nowego Miasta i tutejszych okolic pełno jest takich pasjonatów jak właśnie wspomniany Janusz Laskowski czy Jarek Jaroszewski. Jest Krzysztof Kliniewski, czyli miłośnik pocztówek z NML, jest pan Dalecki (cholera, zapomniałem imienia, aż wstyd), który swój ogród wypełnia nie roślinami, a mini kopiami znanych światu budowli. Jest też Bogdan Siemianowski, który chyba całe swoje życie poświęcił geografii. Do tego Mariusz Orzeł, który ma pozytywnego świra na punkcie scrabble, a także nasi emigranci Zbyszek Kamiński – fan Queen i Rafał Kitowski – rowerowy obieżyświat. Takich ludzi jest mnóstwo. I należą się im pokłony. Za to co robią i z jaką pasją to robią. I im nie przeszkadza to, że żyją w Nowym Mieście, że tutaj nic się nie dzieje (podobno, bo wg mnie dzieje się i to wiele). Fakt, Zbyszek i Rafał wyemigrowali, ale nie z nudów, a za chlebem. Poza tym pasją Rafała jest podróżowanie na rowerze, więc trudno byłoby zwiedzać w kółko NML ;)

Reasumując. Nie jest tutaj źle. I są wielcy ludzie, mimo że wydają się małymi.

sobota, 2 sierpnia 2008

Ano wróciłem...:)

Wakacje czas skończyć. Tak, zdecydowanie za długo mnie tutaj nie było. Jakoś tak nie miałem czasu, weny i polotu, by cokolwiek napisać. Po lekturze Waszych komentarzy pod poprzednimi postami wnioskuję, że brakowało mam mojego pióra. To bardzo miłe, że mam grono stałych Czytelników. Ukłon w Waszą stronę.

O czym by tutaj napisać. W sumie z jednej strony w naszej mieścinie co nieco się działo, z drugiej jednak w sumie wydarzyło się niewiele. Działo się pod względem kulturalnym – Dni Nowego Miasta, Blask Gwiazd z Radiem Olsztyn. Ot w sumie dwa weekendy, ale za to jakie. Długo u nas takich imprez nie było. Z reguły zawsze zazdrościliśmy Iławie czy Brodnicy, że ściągają gwiazdy. Tym razem jednak do Nowego Miasta zawitało sporo osób właśnie z wymienionych wyżej miast. Fajnie, choć przyznam, że troszkę naszą miejską kasę to kosztowało. Ale co tam – rzadko, ale z klasą.

Z innych takich ciekawszych spraw trzeba wspomnieć o protestach rolników w Nowym Mieście. Blokady zapoczątkował Andrzej Lepper, znany i kontrowersyjny polityk, były wicepremier. Rolnicy poszli za nim, bo mają źle, tragicznie i w ogóle kiepsko. Tak przynajmniej mówią. Okupacja przejścia dla pieszych na granicy Nowego Miasta trwała w sumie trzy dni. Protestujący domagali się obniżenia cen żywności, środków do produkcji rolnej, a także paliwa. I tutaj jestem z nimi. Drogo przecież jak cholera. Paliwo 5 złotych za litr (no, prawie), tak samo środki spożywcze. Pieniądze, w takim przypadku, naprawdę nie mają żadnej wartości. Ale nie zgodzę się z antyunijnymi hasłami rolników. Precz z Unią i takie tam. Kto jak kto, ale rolnicy najwięcej z wszystkich sektorów gospodarczych zyskali na wejściu w struktury UE. Renty strukturalne, dopłaty do hektarów, kasa na inwestycje w budynki i sprzęt. Ale Unia jest be, bo rolnik na zachodzie dostaje więcej. My takiej Unii nie chcemy. Śmieszne to trochę, nieprawdaż? Chyba lepiej dostać mało, niż w ogóle. A standard życia na zachodzie jest, nie oszukujmy się, zdecydowanie inny niż w Polsce.

Teraz wrócę jeszcze do kultury i sportu w NML. Pierwsza rzecz to Miejskie Centrum Kultury. Cóż, jakoś nie zauważyłem, by coś więcej działo się tam za rządów nowej pani dyrektor. Jakoś tak hmm… jakby wszystko po staremu. A jeśli chodzi o sport, to Drwęca się odradza, jest grupa ludzi, którzy podkasali rękawy i działają, próbują, walczą o ligę. A inauguracja już za tydzień, na wyjeździe z Orłem Janowiec Kościelny. Cóż, teraz mamy okręgówkę, po drugiej lidze zostało wspomnienie… W tym miejscu warto wspomnieć o sporej roli władz miasta, które zasiadły do wspólnych obrad z klubowymi działaczami i zadeklarowały pomoc. Brawo, na to wszyscy czekaliśmy.

Na koniec kolejna porcja niestety przykrych informacji. Z tego co się dowiedziałem w Nowym Mieście nie będzie kompleksowego boiska ze sztuczną murawą w ramach programu Orlik. Szumnie zapowiadany przez miejskie władze boom okazał się niewypałem. Jeszcze dokładnie wszystkiego nie sprawdziłem, ale wiem, że oferty przetargowe ewentualnych wykonawców zadania przekraczały możliwości finansowe inwestora. Słowem nie mamy na to pieniędzy. Sprawdzę to jeszcze i wrócę do tego.

Tymczasem życzę wszystkich miłego weekendu i do zobaczenia wkrótce. Tak jak napisałem na wstępie, wakacje się skończyły. Przynajmniej moje.

sobota, 14 czerwca 2008

Tak po krótce o istotnych sprawach

Czas w końcu coś napisać, bo od dwóch tygodni milczę. Kilka spraw się uzbierało, więc nie będę owijał w bawełnę i od razu przejdę do sedna.

1. „Kaci w mundurach”. Chyba wiadomo o co chodzi. Materiał wyemitowany przez telewizję nie bardzo mi się podobał i to z kilku względów. Po pierwsze – Nowe Miasto znowu zostało przedstawione w negatywnym świetle. Ostatni taki materiał dotyczył pamiętnej „Matki Teresy”. Teraz mamy katów. A jak z tymi katami jest? Hmm… Różne mnie informacje dochodzą. Na pewno nie patrzę na reportaż z całkowitym przeświadczeniem, że policja to kaci. Faktem jest, że nawet zatrzymanego za najgorsze przestępstwo policjant nie ma prawa uderzyć, chyba że stosuje tzw. środek przymusu bezpośredniego. A to już inna, trudna do udowodnienia, bajka. Wracając jednak do osób, które wypowiadały się przed kamerą, to cóż… Niektóre z nich same nie raz spuszczały komuś lanie. I to niezłe. Nie wspominając już o wymuszeniach czy kradzieżach. Ale przed kamerą, w Polsce (gdzie nikt ich nie zna) są niewinnymi. Dlatego sądzę, że materiał nie był do końca obiektywny. Ale czekam na wyniki śledztwa i dopiero będę osądzał. Bo teraz to wróżenie z fusów. Mimo to podkreślę raz jeszcze – jeśli policja lała nawet tych z niezłą kartoteką, to jest to niedopuszczalne.

2. Walne zebranie Drwęcy, które odbyło się w ubiegłym tygodniu przy klubowym budynku, było śmieszne. Kurator Daniel Cieplak przyszedł, zaczął opowiadać co zrobił od czasu, w którym został kuratorem. Spotkał się z falą krytyki ze strony, nazwijmy to, loży szyderców. Usiadło sobie kilka osób i go punktowało. Szkoda tylko, że te osoby same nie potrafiły powiedzieć, co takiego dobrego zrobiły dla Drwęcy. Co oprócz przychodzenia na mecze, bawienia się w trenerów z trybun, krytykowania i wytykania palcem. Nie bronię Daniela, ale nie pochwalam takiego zachowania. Sam coś człowieku zrób, pokaż, że potrafisz, a dopiero potem krytykuj, bo sam zrobiłeś lepiej. Siedzieć i za przeproszeniem pieprzyć bzdury, to każdy potrafi.

3. A propos Drwęcy. Na ostatniej sesji Rady Miasta radni zagłosowali nad tym, że część pieniędzy, które przeznaczone są na funkcjonowanie RM, słowem pieniądze z budżetu rady, przekażą na rzecz zespołu tanecznego B2 działającego w Nowomiejskim Domu Kultury (od ostatniej sesji zamiast NDK jest Miejskie Centrum Kultury). Poszło gładko – Mariola Orzechowska odczytała wniosek szefowej B2 z prośbą o jakąś kasę, radni rączki podnieśli i siano się znalazło. Szkoda, że nie wpadli na ten pomysł przy okazji wspomnianej Drwęcy. Grosz do grosza i jakaś kasa by się znalazła. Ale teraz to już musztarda po obiedzie.

4. Skoro jestem przy radnych, to z przyjemnością muszę stwierdzić, że chyba zaglądają na mojego bloga. Jeden z moich ostatnich postów, w którym to napisałem co sądzę o radnych, przyniósł zamierzony efekt. Na ostatniej sesji interpelacji i wniosków było tyle, że ho ho. A co najciekawsze pytali głównie ci, którzy mało się odzywali. Kilka interesujących pytań miał Jan Obuchowski, sporą listę przygotował też Jarosław Oelberg. Nawet Mariola Orzechowska zapytała właśnie o wspomnianą możliwość dofinansowania B2. Było też kilka pytań do komendanta policji odnośnie punktu pierwszego z mojego posta. Fajnie, bardzo mi miło:)

5. Wrócę jeszcze na chwilę do sportu. Niedawno byłem u Mariusza Pawłowskiego, lekkoatlety z Bratuszewa. On i jego żona Dorota biegają na różnych dystansach, od 5 km do maratonu. Mariusz opowiadał mi jak to starał się o pomoc finansową na wyjazdy czy sprzęt. Pytał w urzędzie gminy w Kurzętniku, próbował u różnych prywatnych osób. Tylko jedna, z Nowego Miasta, odpowiedziała pozytywnie i rzuca mu jakimś groszem. A że tu jego i Doroty nigdzie nie chcieli, to skorzystał z zaproszenia burmistrza Nowego Dworu Gdańskiego. Właśnie stamtąd pochodzi Dorota. Burmistrz zaproponował, by małżeństwo reprezentowało jego miasto i miejscowy klub na różnych zawodach krajowych i międzynarodowych. I Pawłowscy, sponsorowani przez Nowy Dwór Gdański, pojechali do jakiegoś niemieckiego miasta (nie pamiętam teraz jakiego), w którym wystartowali w półmaratonie. Tam zrobili furorę. Od niepamiętnych już czasów wygrywali tam Niemcy. Na starcie zawsze ustawiało się kilkuset zawodników, Polaków było niewielu. A w biegu głównym jedynymi Polakami byli właśnie Pawłowscy. I co zrobili? Ano wygrali! Pobili rekordy trasy, zrobili furorę, kibice ich pokochali, władze Nowego Dworu były zachwycone, bo Niemcom utarli nosa. Sprawa poszła w eter, rozpisały się o tym niemieckie gazety (ja o tym będę pisał w przyszłym tygodniu – kiedy dostałem tę informację, gazetę miałem już złożoną). Słowem – szał. Ale wszędzie pisali, że Pawłowscy reprezentowali Nowy Dwór Gdański. A nie Nowe Miasto, nie Kurzętnik. Cóż, czasami widocznie szkoda komuś 200 zł na taką promocję. A teraz Pawłowscy dostali jeszcze lepszą propozycję – mają reprezentować to niemieckie miasto. Na razie się zastanawiają, co zrobić.

I to by było na tyle z ostatnich spraw. Ja jeszcze raz przypomnę o wyścigu kolarzy MTB, który odbędzie się w Bratianie 28 czerwca. Rejestrujcie się na stronie www.aga-team.pl i zobaczcie, jak fajnie jest rywalizować w zawodach. To frajda dojechać na metę, niezależnie od miejsca. Naprawdę. A ostatnio zainteresowanie rowerami jest duże. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jaka jest trasa, to z przyjemnością ją pokażę. Piszcie na lukasz@aga-team.pl i jakoś się umówimy.

Pozdrawiam i do następnego posta!

czwartek, 29 maja 2008

Impreza... u sąsiadów

Minął prawie miesiąc odkąd napisałem tutaj ostatniego posta. Przyznam szczerze, że szukałem tematu, którym mógłbym przyciągnąć Czytelników. Niedawno taki się pojawił, a w zasadzie pojawiły się dwa. Pierwszy to 190-lecie powiatu lubawskiego, drugi to zawody kolarskie w Bratianie. Ale po kolei…

A więc mieliśmy niedawno 190-lecie powiatu lubawskiego. Ano właśnie, pewno wiele osób zastanawia się po co komu obchody 190-lecia powiatu, który tak w zasadzie nie istnieje (no, chyba że o czymś nie wiem). Rozumiem imprezę z okazji 10-lecia powiatu nowomiejskiego, ale lubawskiego? Nie widzę w tym sensu. Kasa wydana, impreza nie wypaliła i po co to komu było? W moim mniemaniu, i zapewne w mniemaniu wielu mieszkańców Nowego Miasta, impreza ta była tylko po to, by się urzędnicy spotkali, troszkę pogadali i się zabawili. Bo jakichś szczególnych profitów to bym się z tytułu tego jubileuszu nie spodziewał. Napisałem gdzieś wyżej, że imprezka nie wypaliła. Ano bo jakoś ten szumnie zapowiadany (także na łamach GN) VOX nie dojechał. Nie wiem czyja to wina, ale ktoś powinien za to odpowiadać. Sądzę, że jeśli byłaby zawarta stosowna umowa (a może była?), to wówczas nie byłoby możliwości takiej wpadki. A tu VOX nie przyjechał i w sumie tyle. Skończyło się na niedosycie mieszkańców. Bo pewnie konsekwencji ani w jedną (organizatorzy), ani w drugą (zespół) stronę nie będzie (o ile oczywiście nie było umowy). Jeśli była, to ktoś ją spisał, ktoś skonstruował. Ale z tego co mi wiadomo, takowej nie było. Jednym słowem: PORAŻKA.

Dobra, wystarczy już narzekania. Teraz garść pozytywnych informacji. W ubiegłym roku w Bratianie odbyła się fajna imprezka pod nazwą „Marsz na Grunwald”. W tym roku także się odbędzie, a jedną z jej atrakcji, a w zasadzie imprezą jej towarzyszącą, będzie MTB u Brata Jana, czyli wyścig kolarzy górskich. Trasa przejazdu wiodła będzie drogami lasu tylickiego i zapewniam Was – jest atrakcyjna i do łatwych nie należy. Zachęcam jednocześnie do udziału w tej imprezie (szczegóły na www.aga-team.pl), bo jazda rowerem jest naprawdę przyjemna. Wiem coś o tym, bo (z lepszym lub gorszym rezultatem) sam jeżdżę w barwach GKL-AGA Team. Reprezentujemy wraz z kolegami gminę Nowe Miasto Lubawskie, jeździmy w wyścigach w całym kraju. Czas więc zorganizować coś u siebie. A że gmina Nowe Miasto sportowi jest bardzo życzliwa, to jeździmy na jej terenie. No, cóż, zapraszam!

P.S. Tak na zakończenie pozwolę sobie na prywatę i pozdrowię Patrycję (bez nazwisk, zainteresowana wie o co chodzi), która (jak mówi) jest moją wierną Czytelniczką. Pati obiecuję, że będę pisał częściej, byś wiedziała co to u nas się dzieje:)

środa, 7 maja 2008

Radni moim okiem

Ale się rozleniwiłem. Co to z człowiekiem kilka dni wolnego może zrobić… Eh… Nawet tutaj, szczerze mówiąc, nie zaglądałem. No, ale nadszedł wreszcie czas na kolejny wpis, bo mi statystyki odwiedzin całkiem do zera spadną (choć może już takie są, w sumie tam też nie zaglądałem). Żeby podnieść statystyki z reguły daje się coś, co ludzie lubią najbardziej i co ich najbardziej przyciąga. Według tego co zostało mi wpojone na szkoleniach, te chwytliwe tematy to seks, krew i śmierć (kolejność nie ma znaczenia). Ale bez obaw, nie będzie ani o pierwszym, ani o drugim, ani też o trzecim. Dziś postanowiłem napisać o naszych nowomiejskich radnych. A dokładniej rzecz ujmując o tym, jak ich postrzegam. Będzie to moja subiektywna ocena, do której mam prawo jako wyborca i poniekąd obserwator życia publicznego naszego pięknego miasta. Kolejność radnych, których będę opisywał, jest przypadkowa. A oceniać będę ich pracę w radzie od czasu wyborów, oczywiście na podstawie tego, co zauważyłem i wiem. Wiedzę swoją opieram na podstawie obserwacji podczas sesji. Na komisje nie chodzę, ale czas będzie zacząć. Tymczasem zapraszam do lektury mojej oceny pracy radnych.

- Henryk Mączkowski – najstarszy radny w obecnej kadencji (w poprzedniej chyba też). Emeryt (a może rencista? W sumie nieważne), któremu na sercu leży dobro naszego miejskiego parku. Odkąd pamiętam to sporo tam działał. A na sesjach? No cóż, pamiętam jedną sesję na której zabrał głos, a chyba żadnej do tej pory nie opuściłem. Generalnie złożył chyba jakąś interpelację, ale to by było na tyle. Siedzi raczej cicho, jak trzeba głosować, to głosuje i na tym koniec.

- Mirosława Czernysz – kilka razy zabierała głos na sesji, sprawa tyczyła się głównie pomocy Wincentówce itd. A tak poza tym tematem to jakoś nie pamiętam, by o coś konkretnego pytała. Reszta podobnie jak u wyżej wymienionego (oprócz wieku ;) ).

- Mariola Orzechowska – chyba ewenement w naszej radzie. Odkąd chodzę na sesje nie złożyła żadnej interpelacji (o ile mnie pamięć nie myli) i ani razu nie zabrała głosu! Fakt, raz odczytała sprawozdanie czy raport komisji, której jest przewodniczącą i na tym koniec! To już emerytowany Henryk Mączkowski o coś tam zapyta!

- Marcin Deja – aktywność tego radnego powinna być przykładem dla innych. Jak czegoś nie wie, to pyta. A nawet jeśli wie, to pyta, bo chce pogłębić swoją wiedzę na dany temat. Podoba mi się to, że nie boi się zadawania niewygodnych pytań (podobnie zresztą jak Bogdan Cieplak, ale o nim za chwilę). Czasami jego pytania są przegadane, konkrety mieszają się gdzieś i gubią w wielokrotnie złożonych zapytaniach, ale generalnie wiadomo o co mu chodzi. Pyta często, porusza różne sprawy, i nie chodzi tu tylko o interpelacje i wnioski, ale ma pytania co do uchwał i ich projektów itd. Może jest taki, bo jest młody? Ciężko powiedzieć. Grunt że taki radny jest, bo miasto, w mojej opinii, takich ludzi potrzebuje.

- Bogdan Cieplak – wywołany do tablicy przy okazji Marcina Deja. Bogdan Cieplak też jest typem gościa, który nie boi się pytać. Podoba mi się u niego to, że nawet najprostszą uchwałę potrafi zakwestionować i znaleźć w niej jakiś dziwny zapis. Nie jest typem kogoś, kto czepia się wszystkiego i wszystkich. Też zadaje pytania, gdy czegoś nie wie i wiele razy faktycznie słusznie dopytywał. Ci, którzy na niego głosowali, nie powinni żałować. Poza tym, co śmiesznie zabrzmi, Bogdan Cieplak ma charakterystyczny głos. Ton jego zapytań nie znosi sprzeciwu. Może dzięki temu z reguły szybko dostaje odpowiedzi. Nie to co Marcin Deja, on z reguły ma sporo czytania, bo odpowiedzi dostaje na piśmie.

- Jan Obuchowski – sympatyczny człowiek, ale radny raczej średni. Na sesjach niewiele się udziela, walczy o chodniki i drogi na swoim osiedlu, co w sumie jest zrozumiałe, w końcu stamtąd są jego wyborcy. Co jakiś czas przypomina o wymienionym problemie, ale z racji kolejności wydatkowania miejskich pieniędzy, jego wnioski realizacji nie doczekają się pewnie tak szybko.

- Adam Kłosowski – podobnie jak wyżej wymieniony walczy o naprawę nawierzchni dróg na swoim osiedlu. Często zadaje różne pytania władzom, ale głównie dotyczą one właśnie dróg, chodników i oświetlenia.

- Lilia Karczyńska – to taka „swoja babka”. Sympatyczna radna, która swoją „karierę” rozpoczynała od wywodów na temat przewróconego kosza na śmieci, który napotkała podczas spaceru, a teraz już zadaje konkretne pytania. Wali prosto z mostu, nie boi się pytań prostych i rzeczowych. Kiedyś jej interpelacja zajmowała kilka minut. Teraz jest krótka piłka i koniec. Czekam na odpowiedź. Słowem, wyrobiła się nam pani radna.

- Romuald Koszewski – dołączył do rady po tym, jak wyleciał z niej Ryszard Kordalski. Jest przewodniczącym komisji gospodarczej o ile się nie mylę. Czasami zapyta o treść jakiejś uchwały, jej zasadność, rzuci interpelacją w imieniu mieszkańca, ale niezbyt często zabiera głos.

- Jarosław Oelberg – też raczej niewiele się udziela. Z racji przewodzenia komisji finansów, sporo pracy miał przy budżecie, niemal co sesję odczytywał jakieś sprawozdania, raporty i różne takie.

- Krystyna Wysokińska – raczej małomówna. Bodajże dwa, czy trzy razy podczas interpelacji o coś wnioskowała. Więcej nie pamiętam, ale mogę się mylić. Generalnie spraw życia i śmierci naszego miasta nie poruszała, bo raczej bym coś takiego odnotował.

- Adam Straus – poczciwy facet z wielkim sercem. Gdyby był lepszym mówcą, byłby naprawdę rewelacyjnym radnym. Wiedzy nie ma ogromnej, ale nadrabia zapałem i sercem. Pyta, stara się, biega, załatwia. Nie potrafi się za bardzo wysławiać, co zresztą podkreśla bez nuty zawstydzenia i dobrze. Szkoda, że jego interpelacje, moim zdaniem, są nieco zbywane przez przewodniczącego rady Andrzeja Nadolskiego. Gdy Adam Straus zadaje jakieś pytanie, często bywa tak, że przewodniczący puszcza mu krótką serię: a po co, a od kogo, a dlaczego, a jaki to wniosek. Adam, chłopina, gubi się w tym wszystkim i odpuszcza, bo po prostu nie wie co powiedzieć.

- Jan Kopiczyński – na tym radnym nieco się zawiodłem. Zabiera głos na sesjach, ale jakoś tak umilkł względem poprzednich kadencji. Kiedyś częściej pytał, teraz raczej tego nie robi, przynajmniej nie tak często. Zdarzy się jakaś interpelacja czy wniosek, ale to już nie jest ten Jan Kopiczyński z poprzedniej kadencji.

- Stefan Zieliński – sympatyczny, ale małomówny. Na ostatniej sesji poruszył jakąś tam sprawę, a do tej pory jakoś nieszczególnie błyszczał. Niewiele mówił, czasami o coś zapytał, ale naprawdę rzadko.

- Andrzej Nadolski – przewodniczący rady. Czasami odnoszę wrażenie, że chce się pokazać, zabłyszczeć. Nie wiem, może się mylę. Często komentuje wnioski i interpelacje radnych, co w moim odczuciu jest zbędne. Skoro radny składa wniosek, to niech składa, głosuje nad nim cała rada, a nie przewodniczący. Ale to tylko moje odczucie. Sam interpelacji chyba (o ile dobrze pamiętam) jeszcze nie złożył, choć może jedną… Nie pamiętam, naprawdę.

To by było na tyle mojej totalnie subiektywnej oceny radnych. Pewno się na mnie niektórzy obrażą, choć w sumie nie mają powodu. Moja pamięć może mnie zawodzić, więc jeśli coś pominąłem, proszę o informację, a postaram się uzupełnić to czy tamto. No cóż, do następnego posta!

czwartek, 24 kwietnia 2008

Nie jest tak źle

Właśnie rozmawiałem z jednym z moich Czytelników. Zasugerował mi, żebym napisał coś pozytywnego o Nowym Mieście. Zapytałem wprost - co? I wiecie co usłyszałem? Że pozytywną stroną Nowego Miasta jest to, że wszędzie jest blisko. Jak ktoś chce meczu piłki nożnej, to z Nowego Miasta jedzie do Kurzętnika. Jak ktoś chce koncertu, to z Nowego Miasta rusza do Bratiana. I dlatego mamy się z tego cieszyć. W sumie, jest myśl, prawda? Jest dobrze, bo mamy faktycznie wszędzie blisko. Jest radość!

Drogi Czytelniku, Waldku, jak się przedstawiłeś. Nie wiem, czy kogokolwiek z nas cieszy ten argument. Każdy wolałby, żeby mecze były w Nowym Mieście, a koncerty były też w Nowym Mieście. Ale tak nie jest. Musimy się więc przystosować.

Drugi z apeli kolejnego mojego Czytelnika dotyczył sytuacji w nowomiejskim Urzędzie Miasta. Może "sytuacja" to złe słowo. Generalnie chodzi o to, że ów Czytelnik pytał się mnie, czy coś w ogóle się tam dzieje. Bo, jak wspominał, za poprzedniej władzy chociaż trochę było słychać o urzędowych sprawach, jakieś aferki były, a tutaj cisza. Mówił, że jedynym plusem jest to, że mało kto (jeśli w ogóle) się kłóci i jest spokojnie.

Drogi Czytelniku, anonimowy tym razem, po części masz rację, bo faktycznie jest spokojnie. A czy coś się dzieje? Hmm... Ciężko powiedzieć. Ostatnio zauważyłem, że podłoga w sali sesyjnej nabrała niezłego błysku, jakiś czas temu zakupiono nowe meble to wspomnianej już sali. Tyle wiem, bo to widziałem. Przyznam szczerze, że ostatnio za bardzo nie interesowałem się tym, co słychać w urzędzie, bo zwyczajnie nie miałem na to czasu. Byłem zajęty innymi tematami, ale czas zapukać do drzwi i zapytać, co tam ciekawego słychać. Ale to w przyszłym tygodniu.

A teraz wracam do meczu Pucharu UEFA. Eh... Te mecze... Ciągną... Nie tylko te w telewizji, ale także oglądane na żywo. A najbliższy właśnie w Kurzętniku:) A wcześniej koncert... w Bratianie. Tym razem The Bill. Do zobaczenia!

piątek, 18 kwietnia 2008

Powodzenia na nowej drodze życia

Witam ponownie. Tytuł dzisiejszego posta jest nieco dwuznaczny, ale zaraz spieszę z wytłumaczeniem. O cóż takiego chodzi? Albo raczej o kogo, o czyją nową drogę życia? Ano o Iwonę Mrozińską, która została pełniącą obowiązki dyrektora Nowomiejskiego Domu Kultury. W końcu z instruktora przesiadła się na fotel dyrektora, czyli dla niej jest to nowa droga.

Ale po kolei. Przed Iwoną Mrozińską przez 22 lata w fotelu dyrektora NDK zasiadał Zbigniew Ewertowski. Fajny gość, lubię go bardzo (na tyle, ile go znam). Mimo to cieszę się, że w końcu nowomiejskie władze zdecydowały się na (szumnie zapowiadane w przedwyborczej kampanii) przewietrzenie. NDK aż się o to prosiło. Z całą sympatią do byłego już dyrektora, tam szczerze mówiąc nic się nie działo. Owszem, stałe kółka dla dzieci czy osób starszych, kolejne już soboty kolekcjonera i w sumie tyle. Generalnie jak na działalność domu kultury w jedynym mieście w powiecie, to trochę słabo. Jakoś nikt nie starał się tam (przynajmniej tych starań nie było widać poza murami budynku), by w NML działo się coś więcej, niż zaplanowane wspomniane już kółka. Widać, że pracujący tam ludzie jakby się wypalili, nie mieli świeżego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość i stanęli w miejscu. W epoce późnego Gierka. Bo tak wygląda ten budynek, bardziej odstrasza niż przyciąga. Wewnątrz stare sprzęty, brak profesjonalnej sceny, profesjonalnego nagłośnienia. I tak to sobie stało od wielu lat i robiło się starsze, podobnie zresztą jak ludzie tam pracujący.

Z przedwyborczych zapowiedzi obecnego burmistrza wywnioskowałem, że "przewietrzenie" będzie jednym z priorytetów przyszłego gospodarza miasta. Zagłosowałem więc na tak. Na przewietrzenie, na inne punkty przedwyborczej ulotki. Teraz, po kilkunastu miesiącach, w końcu doczekałem się spełnienia jednej z tych obietnic. Przyznam jednak, że punkt ten został zrealizowany ze sporą dozą nietaktu. Otóż wypowiedzenie dyrektor otrzymał w przerwie sesji. Nie bardzo mnie się to podobało, zresztą nie tylko mnie. Ale cóż, stało się, dyrektorowi podziękowano za współpracę, a stery przekazano młodszej osobie.

Iwona Mrozińska, kiedy z nią rozmawiałem, rysowała przede mną ciekawe plany swojej pracy jako dyrektora. Ciekaw tylko jestem, jak będzie jej się współpracowało z osobami, które do tej pory były jej koleżankami/kolegami z pracy, a teraz będą podwładnymi. Żeby rozbujać NDK trzeba będzie naprawdę sporego nakładu sił, ale przede wszystkim głowy pełnej pomysłów i sposobów na ich zrealizowanie. Łatwo nie będzie, tym bardziej, że jest konkurencja w postaci Bratiana (z centralą w Mszanowie). Młodych ciężko będzie przyciągnąć, bo co innego z dziećmi i osobami w wieku emerytalnym. Ale młodzi, tych jest sporo i im dogodzić będzie ciężko. Fakt, w Bratianie też bawi się wybrane grono, a raczej grono słuchające wybranego typu muzyki. Ale bawią się, na koncerty przychodzi ich 200-300 osób. Nie widziałem jeszcze, by ktoś sobie tam po buźce nastrzelał, by był pijany do nieprzytomności (bo takie rewelacje słyszałem o ludziach tam się bawiących, główie od ludzi, którzy nigdy tam nie byli). Młody, nie zawsze znaczy zły. Ale odbiegam od tematu. A tematem jest to, co czeka nowego dyrektora (na razie p.o.) NDK. Czeka go (a w zasadzie ją) ciężka praca. Praca z ludźmi, którzy (moim zdaniem) już najlepsze lata kreatywności mają za sobą. Obym się mylił, w co na pewno wierzy Iwona Mrozińska. Sama mówiła mi, że wie, że stać tych ludzi (tych, czyli pracujących w NDK) na bardzo wiele. Ja śmiem w to wątpić, ale nie jestem nieomylny i chciałbym się w tym przypadku pomylić.

Jak już napisałem na początku, powodzenia na nowej drodze życia. Bo taką właśnie drogą jest stołek dyrektora. Oby mieszkańcy byli zadowoleni, bo to dla nich w końcu działać ma NDK. Kredyt zaufania tyczy się najbliższych trzech miesięcy (no, nieco ponad dwóch). W tym okresie burmistrz ma zdecydować, czy będzie konkurs, czy mianowanie. Odliczanie trwa, zatem powodzenia!

P.S. Jutro kolejny koncert w Bratianie. Może tym razem zobacze kogoś pijanego ;) a tak serio, zagra LIPALI, czyli czeka nas mocna dawka mocnego rocka. Do zobaczenia w Młynie Brata Jana:)

niedziela, 13 kwietnia 2008

No i po wystawie

W poście niżej zapowiadałem i zapraszałem na wystawę zdjęć poświęconych wypadkom samochodowym. Wczoraj zamknąłem drzwi starego młyna, czyli studia Radka Rzemińskiego i tak sobie pomyślałem - ciekawe, czy do kogoś trafiło to, co chcieliśmy wspólnie z Radkiem, a także policją i strażą pożarną przekazać. Ciekawe, czy to, co niektórzy zobaczyli, wpłynęło na ich świadomość. Dziś mogę powiedzieć, że na niektórych tak.

Wystawę odwiedziło w porywach do 160 osób. Moim zdaniem to mało. Z kolei znajomi, którzy już niejedno w Nowym Mieście robili, mówią, że to naprawdę dużo jak na nasze miasto. Sam nie wiem, co o tym myśleć. Trzymam się jednak zdania, że to mało. Ale nie o tym chciałem napisać. Dziś traktuję właśnie o tych, którzy przyszli na ekspozycję. Zdecydowaną większością byli młodzi ludzie. Wielu z nich ze sporym przejęciem oglądała fotografie. I za to im dziękuję. Nie dziękuję natomiast tym, którzy przyszli oglądać tragiczne niekiedy zdjęcia, a po prostu się z nich naśmiewali. "O, a ten jak się śmiesznie na drzewie zawinął" i tym podobne teksty dało się usłyszeć. WSTYD! Ta wystawa miała przemówić do rozsądku, a nie rozbawić! A potem to mamy się dziwić, że na drogach roi się od potencjalnych morderców, którzy dwa tygodnie temu odebrali prawo jazdy, od rodziców dostali autko z setką koni pod maską i czują się królami kierownicy. Jednemu z drugim może i uda się kogoś nie zabić czy nie spowodować wypadku, ale trzeci i czwarty może kogoś trafić. Albo sam się "śmiesznie na drzewie zawinąć". Powodzenia! Mimo mojego zdenerwowania mam nadzieję, że nie będę musiał jechać robić zdjęć właśnie na wypadek tego trzeciego czy czwartego.

Bardzo podobało mi się to, że instruktor jednej ze szkół nauki jazdy z naszego terenu przywiózł na wystawę swoich kursantów. Kazał im oglądać to, co może ich czekać, dał do myślenia. Oby to coś pomogło...

W poniedziałek będę się kontaktował z dyrektorami szkół ponadgimnazjalnych z naszego powiatu. Zapytam, czy chcą przez tydzień czy dwa w szkolnych gablotach prezentować zdjęcia z tejże wystawy. Wówczas na pewno do wielu (przynajmniej teoretycznie) trafi nasze (moje, Radka, policji i straży) przesłanie. Może wówczas choć o ułamek procenta liczba wypadków w naszym powiecie się zmniejszy. Może przed zakrętem młody kierowca jednak zdejmie nogę z gazu. Może...

Na koniec kilka słów podziękowania właśnie dla Radka Rzemińskiego, policji i straży za pomoc w organizacji tej wystawy. Wspólna inicjatywa, nawet jeśli trafiła tylko (aż?) do tych 160 osób na pewno zostanie zapamiętana. Pytanie tylko, na jak długo...

czwartek, 10 kwietnia 2008

Zapraszam kierowców, ale nie tylko ich...

Witam serdecznie. Troszkę mnie tutaj nie było i aż mi głupio. Dwa tygodnie bez wizyty na własnym blogu to dosłownie wstyd.

Ostatnie dni były dla mnie wymagające, zresztą nie tylko dla mnie. Wspólnie z Radkiem Rzemińskim organizujemy wystawę (przy pomocy policji i straży pożarnej) zdjęć z wypadków samochodowych. Ot tak nam wpadł taki pomysł do głowy, by nieco zadziałać na świadomość niektórych naszych kierowców. Bo na ową świadomość trzeba jakoś wpływać, a jak inaczej, jeśli nie takimi właśnie inicjatywami? Może jeden z drugim, którzy przyjdą na wystawę, zrozumieją, że nie ma co gnać do przodu na wariata, może zdejmą nieco nogę z gazu, dzięki czemu uratują siebie i innych. Kto wie? Ja nie, nie wiem. Ale mam taką nadzieję. Po tym, co ostatnio widziałem, stwierdziłem, że ta wystawa musi być zorganizowana jak najprędzej, póki jeszcze jest komu ją pokazywać. Chcieliśmy z Radkiem, by była nieco bardziej kontrowersyjna od jej obecnej formy, ale sobie odpuściliśmy. Na razie to, co przygotowaliśmy, powinno wystarczyć. Pytanie tylko na jak długo...

Tak więc zapraszam do starego młyna, czyli Studia Fotografii Radka Rzemińskiego w piątek w godzinach 11.30 - 18 i sobotę w godzinach 11 - 16 do oglądania tego, co może się przytrafić każdemu z nas. I to w ułamki sekund, kiedy najmniej się spodziewamy. Przyjdźcie, zobaczcie, oceńcie, a przede wszystkim zastanówcie się. Nie tylko nad sensem życia ;) ale nad tym, jak zachowywać się na drodze, by nikomu krzywda się nie stała. By każda podróż zakończyła się dotarciem do celu, czego sobie i Wam życzę.

Zatem - do jutra!

środa, 26 marca 2008

Przypadek Sławka P.

Jestem zły. I to jak! Właśnie skończyłem oglądać mecz reprezentacji Polski z USA. Mecz, to może zbyt wielkie słowo, bo nasi biało-czerwoni zagrali fatalnie. Aż mi się patrzeć nie chciało. No, ale do Euro jeszcze trochę czasu, a Leo Beenhakker pokazał nie raz, że jest gość i że ma nosa, więc się nie martwię. Ale zły jestem!

No właśnie. Co jest takiego w tej piłce nożnej, że nas tak do niej ciągnie? Nas, czyli facetów. Choć i kobiety też. Ale w głównej mierze facetów. Ciągnie nas do tego, żeby oglądać rywalizację, męską, czasami zbyt męską, ale rywalizację. Faceci są do tego stopnia zakochani w piłce, że wielu z nich (a kilku takich znam) bardziej pamięta wynik meczu sprzed 10 czy 15 lat i dokładną jego datę, niż datę pierwszego pocałunku ze swoją dziewczyną itp. Mój kolega (Sławek, to o Tobie) w ten sposób zapamiętuje ważne wydarzenia ze swego życia. Np. naszą wspólną koleżankę poznał wtedy, kiedy Drwęca wygrała z Ruchem Chorzów 4:1 w Pucharze Polski. Takich dat ma więcej i kojarzy je właśnie z piłką nożną. Eh ci faceci, co? ;)

Teraz trochę zmienię temat, na bardziej przyziemny, bardziej smutny, a nawet tragiczny. Mój poprzedni post traktował nieco o wypadkach i brawurze kierowców. W poniedziałek byłem przy kolejnym wypadku. Tym, w którym zginęło czterech mężczyzn. Nie wiem co tam było przyczyną wypadku, ale takiej tragedii jeszcze nie widziałem. Kiedy wracałem do domu z tego miejsca ciągle miałem ich przed oczami. Zastanówmy się, każdy z nas, czy warto? Czy warto tak pędzić, gnać? Wielu tak gnało i co? Pstryk i ich nie ma, ułamek sekundy i odchodzą z tego świata. Ludzie, naprawdę, nie warto...

A teraz już całkiem przyziemnie. Trzymiesięczne wypowiedzenie ze stanowiska (z dniem 1 kwietnia) otrzymał Zbigniew Ewertowski, dyrektor Nowomiejskiego Domu Kultury. Pan Zbyszek dyrektorem był 22 lata. Ostatnich lat chyba jednak do udanych zaliczyć nie może, bo jakoś niewiele się w tym NDK, moim zdaniem, działo. Miasto też jakoś kulturą nie stało. Wielu z nas, mieszkańców, widziało to od jakiegoś czasu. Widziała to też Alina Kopiczyńska, która w swojej przedwyborczej kampanii obiecywała przewietrzyć to i tamto. Dziś poczyniła pierwszy krok, bo to właśnie dziś pan Zbyszek otrzymał wypowiedzenie. Trochę to trwało, bo ponad rok, ale w końcu pani burmistrz wypełniła jedną ze swoich obietnic. W sumie jeszcze nie wypełniła, ale fundament pod to jest. Ciekaw jestem, kto będzie następcą obecnego dyrektora. Ale do konkursu jeszcze trochę czasu, poczekamy, zobaczymy. A nowa, świeża krew w NDK na pewno się przyda. Na pewno ta osoba nie będzie miała łatwo, bo wymagania nowomieszczan są spore. Ale to dopiero przed nami.

Na zakończenie wrócę jeszcze do piłki nożnej. Dziś na sesji sporo o niej było, a dokładniej o Drwęcy i jej juniorach. Okazuje się, że przygotowane zostało specjalne porozumienie, w myśl którego juniorzy mieli być utrzymywani z miejskich środków, być pod opieką MOSiR itd, a występować w lidze pod egidą Drwęcy. Szkoda, że kurato Drwęcy Daniel Cieplak nie podpisał owego porozumienia, czego zresztą nie rozumiem. Miasto chce pomóc, a tej pomocy się nie przyjmuje. Szkoda, mam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z Danielem i zapytać go o powody tej decyzji. Bo, muszę Wam powiedzieć, konsekwencje tej decyzji mogą być takie, że juniorzy grać będą jako MOSiR. No, chyba że Daniel Cieplak jednak porozumienie podpisze. Szansa na to ma być we wtorek, kiedy to w urzędzie spotkać się mają prezes Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, władze miasta, komisja rady miasta ds. sportu i sam Daniel Cieplak. Oby się w końcu dogadali, przestali jeden drugiego obwiniać i oby ci mali i więksi chłopcy grali w piłkę. Kto wie, może za parę lat mój kolega będzie mówił, że syn urodził mu się w godzinę po tym, jak Drwęca wygrała z Wisłą Kraków w Pucharze Polski? Czego kibicom Drwęcy, Sławkowi i sobie z całego serca życzę.

P.S. A tą porażką Polski z USA nie ma co się przejmować. Na Euro nam nie dokopią, bo ich tam przecież nie będzie ;)

czwartek, 20 marca 2008

Czas skoczyć do sąsiadów

No i znów mamy atak zimy. A już myślałem, że tej wiosny śniegu już nie zobaczę. A jednak! Znów ślisko na drogach, znów wypadki.

Eh, te wypadki. sporo ich u nas, a szkoda. Wyobraźnia niektórych jest niesamowita. To, co wiele razy oglądam jadąc do jakichś, mówiąc policyjną terminologią, "zdarzeń" czasami mnie przeraża. Nie widok roztrzaskanego samochodu, a po prostu bezmyślność ludzi siedzących za ich kierownicami. A już najbardziej dziwi mnie wspomniana bezmyślnośc u tutejszych kierowców, tych rodem z terenu Nowego Miasta czy powiatu. Przecież znają oni nasze drogi jak własną kieszeń, wiedzą, że często w danych miejscach dochodzi do wypadków, ale co tam, ciśnie w gaz ile się da. Wypadki mnie nie dotyczą, to jacyś tam niedzielni kierowcy się rozwalają, nie ja. Tak, jasne, nic bardziej mylnego. Ułamek sekundy i jesteś trup. Albo kogoś zabijasz. Zastanówmy się nad tym, czy warto tak pędzić. Jeśli przemyślenia nie wystarczają, to zapraszam tutaj - to galeria zdjęć Gazety Olsztyńskiej "Kierowco noga z gazu". Warto zobaczyć, by się przekonać, co może kosztować nasza zbyt wybujała wyobraźnia.

A teraz jeszcze parę słów a'propos śniegu. Cholera wkurzyłem się. W sobotę w Kurzętniku miał być mecz Zamku z Jeziorakiem, ale ze względu na wspomniany już śnieg, meczu nie będzie. W ogóle nie będzie całej kolejki, bo w całym województwie nieźle popadało. No i weekend będzie nudny zapewne, żadnych sportowych emocji. Choć w sumie trzeba się teraz do tego powoli przyzwyczajać. Do tego, że na sportowe emocje jeździć będziemy do Kurzętnika, ewentualnie na B klasę do ościennych wsi. Z kolei na koncerty i inne imprezy do Bratiana, przez niektórych uważanego za obecne siedlisko zła, bo w końcu młodzi się tam dobrze bawią, to pewnie są tam i prochy i inne używki. Niestety, ale doszły mnie takie właśnie opinie. Przykro to słuchać... No, ale cóż, jak się chce zrobić coś więcej, to jest się nazywanym karierowiczem itp. Bo coś się robi, bo się człowiek wychyla i próbuje. Ale mniejsza o to, napiszę o takich komentarzach i zachowaniach w jednym z następnych postów. Dziś miało być o śniegu, a wyszło inaczej ;) W sumie miała być już wiosna, a też wyszło inaczej.

No cóż, czekamy na sport i rozrywki u naszych sąsiadów, to wtedy ruszymy nasze tyłki sprzed telewizorów i komputerów i obejrzymy coś, czego nie mamy my jako jedyne miasto w powiecie, a mają (z całym szacunkiem i sympatią) sąsiednie wsie. Zatem do zobaczenia w Kurzętniku lub Bratianie!

niedziela, 16 marca 2008

Życie jak pochodnia

Dziś trochę pofilozofuję nad sensem życia, a dokładniej nad samym życiem. Tak mnie jakoś naszło, bo niedawno wróciłem od dziadka i babci. Oboje mają już swoje lata i ich czas nieuchronnie się zbliża. I dziś właśnie o tym, o ludziach, którzy swoje już przeżyli i o naszym szacunku do nich.

No właśnie - jaki jest szacunek młodego (sam za takiego się uważam), ale nie tylko, człowieka do starszych osób? Z tego co sam obserwuję, bywa naprawdę kiepsko. Niektórzy młodzi mają gdzieś babcie czy dziadków, uważają ich za ludzi, którzy opowiadają jakieś tam pierdoły i nie wiedzą nic o życiu. Bo ja mam dwadzieścia parę lat, pozjadałem wszystkie rozumy i jestem najlepszy, najważniejszy i najmądrzejszy. Po co mi dziadek czy babcia i ich opowieści o wojnie, skoro ja to wszystko w książkach przeczytam. O ile w ogóle przeczytam. I tak jest, nie oszukujmy się. Starszych ludzi coraz mniej się szanuje. A to przykre. Nie tylko dla nich, ale dla nas samych. W końcu kto jak nie ci starsi ludzie walczyli o to, byśmy mogli żyć teraz w wolnej Polsce? To właśnie oni są prawdziwym źródłem historii, nie książki. Książka nie odda emocji w taki sposób, jak babcia czy dziadek, którzy ze łzami w oczach wspominają, jak było ciężko, jak oglądali śmierć znajomych, kolegów, czy rodziny. Oni to przeżyli, odczuli, byli w centrum tych tragicznych wydarzeń. A my, młodzi, mamy to gdzieś...

Wiem, że nieco generalizuję, ale chyba w większości przypadków tak właśnie (niestety) jest. Weźmy na przykład nowomiejski pomnik pod Nawrą. W zasadzie to ni nowomiejski, ni gminny, ale mniejsza o to. Nie tak dawno temu banda młodych kurdupli oszpeciła go farbą w spray'u tak w zasadzie nie wiedząc dlaczego to robi. Po prostu, dla zabawy, z szczeniackiej głupoty. Ci, którzy tam ginęli, pewnie przewracali się w grobach. Na tych młodych, którzy szaleli w najlepsze z farbą, nie podziałała nawet tabliczka z napisem "Za Twoje dziś oddaliśmy nasze jutro", czy jakoś tak, nie pamiętam dokładnie jak to hasło brzmi. Nie podziałało ono na nich, po prostu malowali. Na szczęście teraz jest tam posprzątane i w zasadzie jest w miarę OK. Ale takich przykładów braku poszanowania dla naszej kultury, tożsamości i właśnie starszych jeszcze żyjących ludzi jest coraz więcej. Na wyjeździe z Bratiana jest też pomnik pomordowanych. Jeśli będziecie tamtędy przejeżdżać, zobaczcie co w lesie za nim leży... Śmieci, mnóstwo śmieci... To tak jakby ktoś wyrzucił je na cmentarzu... Nie wspominając o tym, ze swego czasu uczniowie podstawówki z Bratiana posadzili tam kilkanaście drzewek, a następnego dnia zostało ich ledwie kilka...

Wracając jednak do naszych dziadków i babci. Szanujmy ich i podobnych im wiekiem. To dzięki nim pośrednio jesteśmy na świecie, to od nich powinniśmy uczyć się życia i radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. To z nimi powinniśmy rozmawiać i to jak najczęściej. Bo już niedługo ich nie będzie, odejdą, na zawsze. Wtedy może niektórzy za nimi zatęsknią, może pomyślą sobie, że mogłam czy mogłem ich odwiedzić, porozmawiać. Wtedy będzie za późno...

Ja odwiedziłem dziś swoich dziadków. Rozmawiałem z nimi, wspominałem jak to było w dzieciństwie, kiedy u nich się wychowywałem. Na ich twarzach widziałem niesamowitą radość. Radość, bo ktoś do nich przyjechał, porozmawiał. Byli szczęśliwi, bo nie byli sami. A tacy właśnie są, osamotnieni, wiedzą, że ich czas się zbliża. Jakby czekali... Na koniec... Pomóżmy im, bądźmy z nimi i spieszmy się ich kochać, w ogóle kochać ludzi, bo oni szybko odchodzą...

Nasze życie jest niczym pochodnia. Zapala się, jakiś czas płonie, a potem gaśnie. Na zawsze... Kto wie, czyja pochodnia zgaśnie jutro...

piątek, 14 marca 2008

Jestem rozczarowany...

Oj długo mnie tutaj nie było. Zapewne wielu z Was ma mi za złe, że nic nie pisałem. Wybaczcie, naprawdę miałem sporo pracy. Nie znaczy to jednak, że o Was zapomniałem, co to, to nie.

O czym dzisiaj? Postanowiłem, że odniosę się do sondy, którą od kilku dni prowadziłem na moim blogu, co niniejszym czynię. A więc: pytałem, na kogo głosowaliście. Wynik jest taki, jak się spodziewałem - większość z Was na Alinę Kopiczyńską. Podobnie było podczas wyborów - ponad 50 procent głosujących postawiło krzyżyk właśnie przy nazwisku naszego obecnego burmistrza. Wiązałem z tym wyborem ogromne nadzieje. Po okresie, w którym burmistrzem była Lidia Grabowska uważałem, że potrzebny jest nowy impuls, świeżość, a przede wszystkim nowa jakość i odpowiednie decyzje odpowiedniej osoby na odpowiednim stanowisku. Była burmistrz Grabowska była osobą kontrowersyjną, której wielu wiele miało i nadal ma coś do zarzucenia. Obecna pani burmistrz jest inna. Jest cicha, spokojna, a już na pewno nie jest kontrowersyjna. Jednak różnica między tymi osobami jest taka, że mimo wszystkiego, co mieliśmy do zarzucenia Lidii Grabowskiej, była ona konkretną kobietą. Potrafiła uderzyć ręką w stół i powiedzieć, że to i to ma być zrobione i... to było robione. Pracownicy urzędu bali się jej jak ognia. A jak jest teraz? Hmm... Na razie minął nieco ponad rok odkąd nowym burmistrzem jest Alina Kopiczyńska. Jednak w ciągu tego okresu jakoś nie przypominam sobie naprawdę konkretnej, nazwijmy to, medialnej, decyzji. Jest kładka na Drwęcy, owszem, ale chyba na tym koniec. Reszty efektów pracy obecnego burmistrza nie widzę. Fakt, jak wiele razy podkreślała pani Kopiczyńska, w urzędzie jest sporo spraw do wyprostowania. Dla mnie jednak to żadne wytłumaczenie.

Nie wiem co powiedzieć, a w zasadzie napisać. Ciężko mi ocenić coś, czego nie widzę. A nie widzę wspomnianych efektów pracy. Owszem, to dopiero nieco ponad rok, ale z drugiej strony, to już ponad rok. Wiele osób, z którymi rozmawiam na temat naszych władz, jest rozczarowanych ich postawą. Wielu podkreśla, że żałuje, że zagłosowało na Alinę Kopiczyńską, bo w mieście nic się nie dzieje. A czy ja żałuję? Hmmm... Na chwilę obecną użyję raczej określenia "jestem rozczarowany". Rozczarowany, bo podobnie jak znajomi, których namawiałem do głosowania na ową panią, nie widzę efektów jej pracy. Żeby mnie o coś nie posądzono - nie twierdzę, że burmistrz nic nie robi. Twierdzę, i to jest moje subiektywne zdanie nie jako dziennikarza a wyborcy, że nie widać, by coś konkretnego robiła.

Podobnie zresztą jest z naszą radą miasta. Sesje, przyznam szczerze, już mi się powoli nudzą. Najciekawsze są interpelacje i wnioski, ale niekiedy odpowiedzi na nie nie słyszę, bo burmistrz woli odpowiedzieć radnym w ustawowym terminie na piśmie. Radni jakoś za szczególnie się nie udzielają. Ot Marcin Deja o coś tam zapyta, Bogdan Cieplak też często zagaduje, no i radna Lilia Karczyńska. Te trzy osoby są jakoś tak najbardziej ciekawe tego czy tamtego. Jest jeszcze poczciwy Adam Straus, popularny Bilu. Jego podziwiam i szanuję. I to bardzo, to nie ironia. Facet wie, że nie jest jakimś inteligentem, ma problemy z wysławianiem się i przyznaje się do tego na każdym kroku. Najważniejsze jest to, że wcale się tym nie przejmuje. Robi to co robi tak, jak potrafi, pyta jak potrafi. Ma gość serce. Naprawdę. I takich ludzi z sercem nam trzeba do tego, by rozbujać to miasto. Zaangażowanych, próbujących, pytających co i jak dobrze zrobić. Nie takich, którzy siedzą, słuchają, jak już muszą, to coś tam powiedzą i tyle. Potrzeba nam burmistrza, który nie boi się podejmować trudnych decyzji, takiego, który powie swoim pracownikom, że powinni znaleźć sposób, by coś można było zrobić (w zgodzie z prawem oczywiście), a nie z góry zakładać, że nie da się tego zrobić. Zakręcone zdanie, ale chyba wiadomo o co chodzi.

Tak że na razie jestem rozczarowany. Zarówno radą miasta jako ogółem, jak i burmistrzem. Liczę jednak, że przez ten czas, który pozostał do końca kadencji, zrobią wiele dobrego dla naszego Nowego Miasta Lubawskiego, naszej małej ojczyzny. Liczę na hasło, które przyświecało Alinie Kopiczyńskiej przed wyborami - Dotrzymuję słowa. Oby to nie były puste słowa.

P.S. Tak gwoli wyjaśnienia. Wszystkich radnych jak i burmistrza darzę ogromną i szczerą sympatią. Prywatnie to naprawdę dobrzy ludzie, tak ich przynajmniej odbieram. Oceniam ich pracę, nie ich samych. I czynię to, bo mam do tego prawo jako mieszkaniec Nowego Miasta Lubawskiego i jako wyborca. Podobne prawo ma każdy z Was. A więc? Jak Wy oceniacie pracę naszego samorządu?

piątek, 7 marca 2008

Krytyka buduje, dlatego jest potrzebna

Któż z nas lubi, kiedy się go krytykuje? No któż? Chyba nie ma takiej osoby. Przyznam, że sam średnio lubię, gdy ktoś mi wytyka takie a takie potknięcie. Ale czasami trzeba krytyki. Trzeba jej, bo ona nas buduje, ma wpływ na nasze postępowanie i nasz rozwój. Nie oszukujmy się, nikt z nas nie jest ideałem. I do tego ideału każdemu z nas brakuje mniej więcej tyle, ile producentom "Mody na sukces" do zrozumienia, że ich serial zrobił się nudny już 10 lat temu. Słowem - wiele nam brakuje.

Tyleż samo do ideału brakuje naszej władzy. Nie tylko tej na górze, ale też tej "małej", lokalnej, naszemu samorządowi. Ktoś powie, że łatwo mi mówić, bo siedzę z boku. Ano ma ten ktoś rację. Łatwo mi mówić, bo stoję po drugiej stronie barykady. Nie jestem radnym czy burmistrzem, nie wiem jak to jest, siedzieć w ich fotelach. Wiem jednak, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Każdy z nas przekonał się o tym dając wiarę wielu obietnicom przedwyborczym, a potem zawodząc się na swoim wybrańcu. Ale naszym świętym prawem jest owa krytyka. To my jesteśmy wyborcami, to nasze głosy zdecydowały o tym, czy ktoś dostał się na stołek czy nie, czy ktoś został wójtem/burmistrzem, czy nie. Dlatego każdy może krytykować i oceniać działania władzy. Ja także, bo głos na wyborach oddałem. Bo na wybory trzeba chodzić, by m.in. z podniesioną głową móc potem krytykować, choć bywa tak, że ci, którzy nie chodzą, najwięcej do powiedzenia potem mają. Ale dziś nie o tym. Dziś o krytyce władzy. Krytyce, której władza nie lubi. Żadna władza.

Wspomniałem już, że sam krytyki nie lubię. Ale krytykę, zwłaszcza konstruktywną, bardzo szanuję. Bo, co jak co, ale taka krytyka sprawia, że się rozwijamy, nie uważamy się za centrum wszechświata, alfę i omegę, istotę nieomylną. Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi, mawiał Lenin. I miał rację. Mylenie się, popełnianie błędów, to ludzka sprawa. Ważne jest, żeby potrafić przyznać się do tych błędów.

A jak jest z naszą władzą, tą lokalną? Odnoszę wrażenie, że wielu jej przedstawicieli krytyki nie znosi. Wystarczy tylko głośno coś powiedzieć (w moim przypadku napisać) i już dochodzą człowieka różne słuchy. Że nie podobało się to, że nie podobało się tamto, że jest się stronniczym. Daleko mi do stronniczości. Krytykuję, wytykam błędy, bo mam takie prawo. A ci, którzy do władzy się, za przeproszeniem, pchali, powinni byli zdawać sobie sprawę z tego, że krytyka ich nie ominie. Czasami jednak odnoszę wrażenie, że niektórzy jakby byli zdziwieni, że ktoś ośmiela się ich krytykować. Może nie potrafią zrozumieć tego, że krytyka nie jest po to, by kogoś "obsmarować", a po to, by zasugerować, przekazać, że coś jest nie tak, że coś mogłoby wyglądać inaczej.

Odkąd pamiętam kierowałem się w życiu tym, że tylko mało inteligentny człowiek nie rozumie krytyki, uważa ją za coś właśnie obraźliwego. A krytyka, powtarzam po raz wtóry, buduje. Przez to, że krytykuję, wielu ma mnie za swojego wroga. A ja niczyim wrogiem być nie chcę. Uważam się za otwartą i sympatyczną osobę, która chce dobrze dla tego miasta...

Z drugiej jednak strony, jak mawiał Benjamin Franklin, człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.

wtorek, 4 marca 2008

Historia dobiega końca...

A więc stało się... To już (chyba) koniec Drwęcy... Piszę chyba, bo w końcu nadzieja umiera ostatnia, jak pisałem w jednym z poprzednich postów. Ale tak szczerze mówiąc, nie mam zbyt wielkich złudzeń. Moim zdaniem to już jest koniec. Koniec nie tylko klubu, ale też jego 89-letniej historii, a także sportu w Nowym Mieście. Jest oczywiście sport szkolny (MUKS Olimpia), ale na tym koniec. Słowem koniec Drwęcy to koniec sportu masowego, tego, który dostarczał raz na dwa tygodnie jakichś emocji. A teraz emocji co niektórym dostarczać będzie otwieranie wina przy sklepie. Bo co tu robić w sobotę, prawda?

W zasadzie to nie wiem, kto jest temu winien. Odezwą się głosy, że władze miasta. Hmm... Po części, może i tak. Bo w sumie radni mogli zagospodarować odpowiednią ilość środków finansowych na tzw. szkolenie dzieci i młodzieży. Nie mówię tu o kwocie 500 tysięcy złotych. Ale przy budżecie 34 miliony zł, te 150 tys. nie byłoby jakąś ogromną kwotą dla miasta, a dla klubu to jednak spora pomoc.

Inną sprawą jest brak zainteresowania nowomieszczan sprawami nowomiejskimi. Bo przecież nowomiejską sprawą jest Drwęca. To w końcu klub nowomiejski, a nie prywatny. Tylko, że swoje zainteresowanie tą nowomiejską sprawą wyrazili zarówno przedsiębiorcy jak i burmistrz Alina Kopiczyńska. Tych pierwszych była garstka, a jeśli chodzi o panią burmistrz, to po prostu po chwili sobie wyszła (o czym już wcześniej pisałem). Nie dziwię się więc Janowi Szynace, przedsiębiorcy z Lubawy, że nie chce (w tej chwili) sponsorować klubu. Rozmawiałem z nim i w sumie potwierdził to, do czego sam wcześniej doszedłem. A chodzi o prostą sprawę - skoro ludziom z Nowego Miasta nie zależy na ratowaniu klubu, to dlaczego ma zależeć komuś z Lubawy? Dla mnie sprawa oczywista, pan Szynaka ma całkowitą rację.

Cóż, wychodzi więc na to, że sprawdzi się to, co napisałem kiedyś na łamach Gazety Olsztyńskiej - zamiast 90-lecia klubu będziemy mieli jego pogrzeb. Jeśli nie zdarzy się cud, to tak będzie. I nie ma co się łudzić. Zawodnicy już się rozjechali, do ligi został nieco ponad tydzień, trenera nie ma, nie ma pieniędzy. Jest za to dług i wciąż walczący Daniel Cieplak. Podziwiam go, ale tak naprawdę, to mu współczuję. Jest niemal sam, jedyny, który jeszcze wierzy. Ja w głębi ducha też wierzę, jeszcze mam nadzieję, ale z każdym dniem jest jej coraz mniej. Bo z każdym dniem nasze szanse (pisząc nasze mam na myśli Drwęcę) maleją.

Wyjść nie ma zbyt wielu. Dla mnie najrozsądniejszym byłoby, gdyby juniorzy dokończyli swoje rozgrywki, po czym należałoby ogłosić upadłość klubu i stworzyć nowy, np. KP Drwęca. Wówczas, dzięki przychylności Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, może moglibyśmy rozpocząć rozgrywki od ligi wyższej niż B, czy nawet A klasa. Najbliższe tygodnie pokażą, co to będzie. Ale jakoś optymistycznie tego nie widzę. I powiem Wam szczerze - bardzo chciałbym nie mieć w tym przypadku racji...

środa, 27 lutego 2008

A ja lubię Nowe Miasto!

Witam ponownie. To już trzy dni bez posta na blogu. Przepraszam, byłem zabiegany. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, drodzy Czytelnicy.

Spoglądam właśnie na wyniki sondy, którą zamieściłem na prawym pasku strony. Czy podoba Ci się życie w Nowym Mieście? Moja odpowiedź brzmi tak, podoba mi się. Wiele osób narzeka, że tutaj nic nie ma, że nic się nie dzieje (o czym pisałem w kilku postach), ale to nie jest do końca prawda (o czym także pisałem). Coś zawsze się znajdzie, a tak jak napisałem wyżej, podoba mi się tutaj. Nowe Miasto ma specyficzny klimat i specyficznych mieszkańców. Jedni lepiej traktują drugich, inni gorzej. Tak jest wszędzie. Ale ja lubię to miasto. Każdy każdego zna, idziesz ulicą to głowa ci się buja od mówienia "dzień dobry", czy "cześć". Jest miło, przyjemnie.

Fakt, brakuje wielu rzeczy, ciekawych miejsc. Ciekawych w sensie masowej rozrywki. Nie mamy kina, teatru, basenu itp. Kto wie, może za kilka (naście, dziesiąt?) lat się tego doczekamy. Może... Tylko że kto tutaj będzie tyle lat czekał? Naprawdę, z tego co zauważam, w Nowym Mieście zostali nieliczni z mojego rocznika, nieco starsi czy też nawet nieco młodsi. Niewielu zostało. Wyjeżdżają do szkół, pracy. Nie wracają, rozjeżdżają się w świat i tyle. Chwała tym, którzy przyznają się do tego, skąd pochodzą. Bo pewnie są też tacy, którzy nie chwalą się, że są z Nowego Miasta. Bo kto tam wie, co to Nowe Miasto jest. Pewnie jakaś dziura. W sumie, może i dziura, w której na razie wszystko jakby umiera, ale stąd pochodzimy, to jest część nas, naszej tożsamości.

Podziwiam tych, którzy wracają. Wracają po szkole, wykształceni. Dlaczego to robią? Nie wiem, może chcą coś w naszym mieście zmienić. Ostatnio rozmawiałem z Michałem Łapińskim. Jego też podziwiam. Ma tytuł doktora, mógł pracować na uczelni, ale wybrał życie na Kaczym Bagnie. Przyjechał tutaj, wrócił do rodzinnych stron po wielu latach spędzonych w Szkole pod Żaglami, na oceanach, morzach i gdzie tam on jeszcze był. W sumie mógł mieszkać gdzie chciał, ale wybrał Nowe Miasto, a dokładniej Kacze Bagno. I takich jak on zaczyna przybywać. Nieliczni, bo nieliczni, ale wracają. Czują jakąś więź z naszą dziurą, czarną plamą pomiędzy Iławą a Brodnicą, Olsztynem a Toruniem. Może oni dadzą sygnał innym, żeby ci w ogóle nie wyjeżdżali?

Wiecie co mi się marzy? Rada Miasta składająca się z samych młodych ludzi. To byłby ewenement, prawda? Średnia wieku powiedzmy 25 lat. Wiadomo, że z początku byłoby pewnie ciężko się wciągnąć, ale kto się urodził radnym? Obserwując pracę naszych obecnych wybrańców śmiem twierdzić, że młodzi daliby sobie radę, kto wie, może nawet lepiej. Radę darzę szacunkiem, burmistrza i pozostałe władze też. Ale młody człowiek, to młody człowiek. Ma inne spojrzenie na świat, na swoją małą ojczyznę. No cóż, do wyborów jeszcze kilka lat, może ziści się to, o czym teraz piszę? Wtedy to już w ogóle będę lubił życie tutaj. Choć teraz też lubię, i to bardzo. A Wy?

niedziela, 24 lutego 2008

Nowomieszczanie, obraz nas samych

Jacy jesteśmy? Jakie jest Nowe Miasto Lubawskie, jego klimat i mieszkańcy? Jeśli zacznę generalizować, idąc spokojnie ulicą dostanę pewnie cegłą w głowę;)

A teraz już całkiem serio. Wrócę jeszcze raz do spotkanie biznesowego dotyczącego Drwęcy. Otóż tak jak pisałem, zaproszonych zostało 40 osób, a przyszły cztery... (z "biznesu"). I chwała im za to. A co z resztą? Otóż z resztą mogło być różnie. Jedni może faktycznie nie mogli przyjść/przyjechać. Inni z kolei w ogóle gdzieś mają klub. Ale nie o klubie chciałem w tym poście pisać. Nawiązuję do spotkania, bo dało ono obraz tego naszego biznesu, dało obraz nas samych. Po części oczywiście, ale dało. Bo czy czasami nie odczuwacie, że w Nowym Mieście jest tak, że jeden drugiemu najchętniej łyżką oko by wyjął? Ja czasami odnoszę takie wrażenie. I to mowa nie tylko o zwykłych, szarych ludziach, ale też właśnie o przedsiębiorcach, tych prowadzących własne interesy. Naprawdę, czasami, gdy słyszy się to co ja słyszę, te najróżniejsze opinie o tym czy o tamtym, to w głowie się nie mieści. Jak ten ma tyle, to na pewno ukradł albo jakiś przekręt zrobił. Jak tamten ma tyle, to na pewno złodziej itp itd. Ludzie! Opanujcie się! Żyjemy w małym środowisku, w którym niemal każdy każdego zna. Jakżeby można było to nasze Nowe Miasto wspólnymi siłami wspaniale rozwinąć. Tylko jak tu rozwinąć, skoro nie ma jedności.

Inną sprawą jest to, że Nowe Miasto powoli stało się miastem malkontentów. Wiem, że ja na blogu też raczej mało pozytywnie do tej pory się wypowiadałem, ale akurat daleko mi do bycia malkontentem. Ci, którzy mnie znają, wiedzą że nad wyraz optymistycznie patrzę na życie. Ale dość o mnie. Naprawdę odczuwam, że w Nowym Mieście są w większości ludzie, którzy tylko narzekać potrafią dobrze, nic innego. A to nie ma tego, a to tamtego, a to nic się nie dzieje, a jak się dzieje, to nie tak, jak oni by chcieli. I tak w kółko. Jeśli wciąż będziemy tylko narzekać, to nic dobrego się nie zrobi. Bo jak się ma zrobić, samo? To my decydujemy o tym, co tutaj będzie za dzień, dwa, rok, czy 10 lat. To nasze miasto, nasza rzeczywistość. Mamy teraz siedzieć w fotelu, narzekać na to i tamto i czekać na śmierć? Weźmy się do roboty, zróbmy coś. Ty, który tak narzekasz, marudzisz, powiedz, co takiego do tej pory oprócz swojego gadania zrobiłeś. Jeśli jeszcze nic, to masz szansę, pokaż co potrafisz.

Chciałem tym postem przypomnieć niektórym, że jest pozytywna strona życia, że nie trzeba narzekać, mówić jeden na drugiego. Jesteśmy małym społeczeństwem, więc wykorzystajmy to jak możemy. Do pomocy samym sobie i innym.

Nie pozwólmy by sąsiedzi z Brodnicy, Iławy czy Lubawy z nas się po prostu naśmiewali. Z tego, że nie potrafimy docenić co mamy, a samych siebie najlepiej w łyżce wody byśmy potopili. Pamiętajmy, że to od nas zależy, jak kto nas postrzega. A więc? Kim chcemy być? Dumnymi z życia w Nowym Mieście ludźmi, czy malkontentami z jednym okiem?

sobota, 23 lutego 2008

Część naszej historii umiera...

Zapewne wiele osób, które przeczyta tego posta, powie, że jestem stronniczy. Postaram się jednak napisać go jak najobiektywniej. A rzecz tyczy się Drwęcy, klubu sportowego z Nowego Miasta Lubawskiego.

Po kolei. Drwęca w przyszłym roku powinna obchodzić 90-lecie swojego istnienia. To rekord na Warmii i Mazurach, mamy najstarszy klub. Owszem, przez lata nazwa tego stowarzyszenia zmieniała się wielokrotnie, ale jubileusz tyczy się całego klubu, jego działalności, a nie nazwy. Tak więc mamy Drwęcę Nowe Miasto Lubawskie, jedyny klub w mieście (jest jeszcze Międzyszkolny Uczniowski Klub Sportowy Olimpia, w którym kilka osób trenuje taekwondo, ale jak sama nazwa wskazuje, to klub międzyszkolny). Drwęca jest więc klubem miejskim. Ale to nie tylko klub. To część naszej historii, naszej, czyli Nowego Miasta Lubawskiego. Oprócz chóru Harmonia nie ma starszego w naszym mieście. Teraz ten klub, ta nasza historia, część nas, ma kłopoty. Próbuje na nie reagować kilka osób i robią co potrafią, by jakoś ratować Drwęcę. Niestety za każdym razem, gdy ktoś próbuje coś zrobić przy Drwęcy, powstaje pewna otoczka. A to kombinuje, a to kręci, a jak włożył 50 tysięcy, to musiał wyjąć 100 i takie różne opinie. Wiele ich można usłyszeć. Jeszcze do niedawna wielu mówiło, że skoro na klub pieniądze daje prywatna osoba (Zygmunt Dąbrowski), to nie będzie się do jego interesu dokładać. Jeśli tego przedsiębiorcy nie będzie, to wtedy dam. Słyszało się o takich deklaracjach, prawda? A teraz co? W klubie nie ma już pana Dąbrowskiego, ale pieniędzy też nie ma.

W czwartek odbyło się spotkanie z nowomiejskim biznesem. Niezłe mi spotkanie, przyznam, że się uśmiałem. Na 40 zaproszeń odpowiedziały cztery osoby. Nowomiejski biznes? Nie! Jeden mieszkaniec Tereszewa, jeden Lipowca (o ile pamiętam, ale firmę ma w Kurzętniku), dwóch nowomieszczan i radny Adam Straus, zwany też Bilem. Ot cały obraz nowomiejskiej elity przedsiębiorców. Ale nic to, ważne, że ktoś przyszedł. Myślę, żę przy okazji kolejnych planowanych spotkań liczba ta się powiększy. Zdziwiło mnie jednak zachowanie pani burmistrz, Aliny Kopiczyńskiej. Nie wiem czy dostała zaproszenie, ale myślę, że tak. Jeśli nie, to w sumie i tak nic nie tłumaczy. Pani burmistrz przyszła, otworzyła spotkanie, po czym stwierdziła że jest już wiele godzin w pracy i wyszła. Ja byłem w szoku. Totalnym. Moim zdaniem burmistrzem jest się cały czas, a nie w określonych godzinach. Moim zdaniem Drwęca to nie prywatny folwark, a klub z Nowego Miasta Lubawskiego, który tworzy jego historię i go promuje. A na dowód tego, że ów klub jest promocją, mogę przytoczyć wypowiedź nowego skarbnika miejskiego, pana Daniela Karaźniewicza. Zapytałem go co wiedział o Nowym Mieście Lubawskim zanim przyszedł tutaj pracować. Odpowiedział, że wiedział tylko, iż jest tutaj klub Drwęca. Koniec przykładu. Wracając do pani burmistrz. Naprawdę, uważam to za niegrzeczne i niestosowne zachowanie, bo to wyglądało tak, jakby los jednej z ostatnich atrakcji Nowego Miasta Lubawskiego był jej obojętny. Mam nadzieję, że tak nie jest.

Wiem, że na pewno upadku Drwęcy nie chce wielu radnych. To, że był tylko jeden przedstawiciel rady na spotkaniu, o niczym nie świadczy, choć w sumie, jakby pozostali chcieli, to by przyszli. Ale mniejsza o to. Jestem ciekaw jakie środki finansowe przyzna rada klubowi na tzw. szkolenie dzieci i młodzieży. Od razu zaznaczam, że nie chodzi mi o to, by miasto sponsorowało klub, ale by mu pomogło, gdy ten tej pomocy potrzebuje. Dziś Drwęca grała z DKS Dobre Miasto. Na meczu był tamtejszy radny miejski. Rozmawiałem z nim trochę, bardzo sympatyczny starszy pan. Ów starszy pan powiedział mi, że w Dobrym Mieście rada przyznała klubowi 92 tysiące złotych na wspomniane szkolenie dzieci i młodzieży. Łącznie na sport w tejże gminie miejskiej przeznaczono 160 tys. zł z budżetu. A budżet Dobrego Miasta, według tego co mi powiedział tamtejszy radny, to 30 milionów złotych. U nas jest nieco większy, ale zapewne o 90 tys. zł klub może zapomnieć. - 90 tysięcy przy 30 milionach to żadna kwota - tak podsumował to pan radny. Ciekawe jak do tej sprawy podejdą nasi radni i ogólnie władze miasta.

Zastanówmy się wszyscy, czy chcemy, by część naszej historii po prostu umarła. Wiem, że na mecze tłumy nie walą, ale ktoś tam przychodzi. Niestety, ale póki co w Nowym Mieście próżno szukać innych rozrywek w weekend. No, chyba że jest coś, o czym nie wiem...

czwartek, 21 lutego 2008

MOSiR - potrzebne to komuś?

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, po co Nowemu Miastu potrzebny jest Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Może sam w sobie MOSiR nie jest zły, ale cała jego otoczka jest raczej mało użyteczna i dochodów pewnie nie przynosi. Pod pojęciem otoczki rozumiem w tym przypadku hotel i halę. Hotel stoi w takim samym stanie od kilku ładnych lat, jeśli nie kilkunastu. Stoi i w sumie straszy. Jakieś tam doraźne remonty są wykonywane, ale żeby tamtejszy komfort był poprawiony i choćby zbliżył się do jakiegoś standardu? Nie, na to nie ma raczej większych szans. No więc mamy sobie ten hotel, stary, obdrapany. I mamy halę. Piękna hala, taka wymiarowa i taka duża i taka fajna i taka w ogóle. Pamiętam jak jako mały chłopiec pierwszy raz tam zagrałem. To było coś, kurcze, robiło wrażenie. Nowiutka hala i ja w niej grałem. Rok później już dach przeciekał (nie zrobiłem w nim żadnej dziury). I tak sypie się ta nasza hala do dziś. Z tej dużej, fajnej i pełnowymiarowej hali zostało jedynie to moje "i w ogóle". Bo teraz, to ona stoi i w ogóle. Fakt, korzystają z niej szkoły, raz do roku organizowana jest liga piłki nożnej. I tyle. Hala miała być sportowo-widowiskowa. Jest nijaka. Sportowo to może i owszem, ale też z przymrużeniem oka. Jeśli zaś chodzi o jej funkcjonalność widowiskową, to takowej brak. Nie nadaje się ona na żadne koncerty, ba, nawet prezentacje zespołów (swego czasu były prezentacje Drwęcy), bo nikt nic nie słyszy, taka jest akustyka. Do tego tamtejszy sprzęt sportowy wydaje się bardziej nadawać się na wyrzucenie, niż do użytku, bo to to odpada, to tamto.

Mamy więc hotel, który sobie stoi i straszy oraz halę, która stoi i się rozpada. Pieniądze na utrzymanie tych obiektów pochodzą z miejskiej kasy, a co za tym idzie z naszych kieszeni. I na utrzymanie MOSiR także. A jakoś nie widzę nic specjalnego w działalności tej jednostki. Jedyna impreza to wspomniana wyżej liga halówki. A poza tym? Zaznaczam, że nie czuję żadnej antypatii do Stefana Grabowskiego, dyrektora MOSiR. Naprawdę. Tylko moim zdaniem wydawanie naszych pieniędzy na funkcjonowanie takiej jednostki nie jest jakoś zyskownym dla mieszkańców Nowego Miasta interesem. Bo zapytajmy kogoś na ulicy, czy wie co ostatnio działo się w ośrodku. Wątpię, by ktoś odpowiedział twierdząco. Po co więc wydawać kasę na coś, co po prostu jest, istnieje, żyje z dnia na dzień, ale nic więcej? Płacić za istnienie MOSiR tylko po to, by był? Hmm... Jakoś nie jestem do tego przekonany. A może się mylę? Może ośrodek robi więcej, niż mi się wydaje? Jeśli tak, czekam na Wasze argumenty.

P.S. Dzięki kajoo za przypomnienie - faktycznie zapomniałem dodać, co proponuję w zamian. Ano myślę, że można te obiekty komuś wydzierżawić, sprywatyzować. Miasta póki co nie stać na to, by kompletnie wyremontować hotel czy też odpowiednio wyposażyć halę. Prywatny inwestor mógłby być dobrym rozwiązaniem, bo w jego interesie leżałoby poprawienie bazy hotelowej lub wspomnianej hali. Miasta, jak już napisałem, na to nie stać.

wtorek, 19 lutego 2008

Nadzieja umiera ostatnia

Jestem ciekaw co to będzie z naszą Drwęcą. Blisko 90-letni klub chyli się ku upadkowki. Przykro to pisać, ale taka prawda. Ale nie to jest najgorsze. Kluby powstają i upadają, taki ich żywot. Widocznie kiedyś musiał przyjść czas na Drwęcę. Żyję z nadzieją, że to jeszcze nie ten czas....

Jeszcze niedawno cieszyłem się (jak dziecko) z gry Drwęcy w II lidze. To były czasy! Ha! Przyjechała Jagiellonia Białystok i ledwo wywiozła remis, był Widzew Łódź, który bardzo szczęśliwie wygrał 1:0. Ja jestem jeszcze młody, myślę, że jeszcze wiele przede mną. Ale ci starsi mieszkańcy Nowego Miasta i klubowi działacze, dla nich to dopiero były chwile. Pamietam Gerarda Wyszyńskiego, starszego pana mieszkającego niegdyś przy stadionie. Był opiekunem boiska przez wiele długich lat. Większość swojego życia poświęcił Drwęcy. Kiedy przyszedł awans do II ligi, na policzkach jego i wielu innych podobnych jemu działaczy, spłynęły łzy szczęścia. Na takie chwile czekali całe swoje życie. Oni oddaliby wiele, by ratować klub, jakoś mu pomóc. Jednym z takich ludzi jest pan Benek Adamkiewicz. Pan Benek. Tak, ten sam, który maluje linie na boisku, starszy pan w okularach. Przychodzi, ogląda mecze z boku, bije brawo, cieszy się z wygranej, przykro mu po porażce. I teraz też mu pewnie przykro, kiedy widzi to co się dzieje z klubem. Wielu innym, nieco młodszym i tym całkiem młodym, też jest przykro. Ale chyba nie wszystkim...

Jakoś u niewielu związanych z klubem młodych ludzi zauważyłem, by się przejmowali Drwęcą. Większość z nich, tych, którzy dzięki Drwęcy zaczęli w ogóle pojmować grę w piłkę, zostawiło klub w chwili, kiedy ich najbardziej potrzebuje. Poszli w świat. Za pieniędzmi. Bo raczej nie w pogoni za zdobyciem nowych umiejętności - każdy trafił gdzieś do IV ligi. Nasi ludzie, nowomieszczanie, po prostu odwrócili się od klubu. Wiem, wiem. Klub zapewne zalegał im pieniądze, długo nikt nie płacił itp. Rozumiem, OK, w porządku. Ale można było się jakoś dogadać, spróbować, a nie po prostu wypiąć się na swój macierzysty klub w chwili, kiedy potrzebuje on pomocy jak nigdy dotąd. Może gdyby to były inne czasy? Czasy właśnie panów Benka i Gerarda? Może wówczas coś takiego jak lokalny patriotyzm coś by znaczyło. A teraz? Teraz liczy się tylko kasa. Ale czyżby? Spójrzmy kto przyjeżdża na treningi, sparingi Drwęcy. Spójrzmy, kto chce grać w tym klubie. Pojawił się piłkarz z A klasy z Burzy Słupy, był ktoś z Nidzicy, Olsztynka, Działdowa chyba też. Oni po kasę raczej nie przyjechali, czytają gazety, wiedzą, że tutaj nie ma pieniędzy. Przyciągnęła ich chęć gry w trzeciej lidze. I ta chęć gry jest silniejsza od żądzy pieniądza. Ale co jest najlepsze? Ano to, że teraz ci chłopcy, którzy przyjechali do Nowego Miasta Lubawskiego z różnych zakątków naszego województwa, teraz właśnie oni będą ratować Drwęcę. Nie nasi, nowomieszczanie, a (przepraszam za określenie) obcy, ludzie z zewnątrz. Jak to o nas świadczy?

Zaznaczam jednak, że nie mówię tutaj o wszystkich nowomieszczanach. Owszem, kilku jednak zostało i chwała im za to. Najbardziej cenię za ten ruch Adriana Kurala. Ten chłopak ma, jak to się mówi, papiery na grę. Talent jakich długo w Nowym Mieście pewnie mieć nie będziemy. Podobnie zresztą jest z Grzesiem Domżalskim. Jeden i drugi zostali w Drwęcy, kiedy ta ich potrzebowała. Adrian miał propozycje z czołowych klubów trzeciej ligi. Został, bo chce pomóc. Grzesiu swego czasu miał kilka ofert, ale też czekał. Czekał, czekał i się doczekał. Najpierw awansu z Drwęcą do II ligi, bramek w tychże rozgrywkach, a potem koszulki z numerem 10 na plecach i herbem Ruchu Chorzów na piersi. Tak, tam teraz gra.

I co? Można było zostać, poczekać, a przede wszystkim pomóc? Można było. A teraz ratują nasz klub ludzie z zewnątrz, którzy z Nowym Miastem mają tyle wspólnego, co Nowe Miasto z Krakowem. Trener też jest z zewnątrz, a bardzo zaangażował się w pomoc klubowi. A z nowomieszczan zostało jedynie kilku, którzy coś tam jeszcze próbują zrobić. Daniel Cieplak i jeszcze paru. Moim zdaniem, ci wszyscy, którzy teraz coś działają przy klubie, są jego ostatnią deską ratunku. Jeśli im się nie powiedzie, to już nie ma Drwęcy. Jest dno. Trzymam za nich kciuki, bo jeśli Drwęca padnie, to w Nowym Mieście nie będzie już żadnego sportu drużynowego. A odbudować to od podstaw będzie bardzo trudno i potrwa to wiele długich lat...

Nadzieja umiera ostatnia. Moja jeszcze żyje...

piątek, 15 lutego 2008

Kulturalna stolica powiatu, czyli... Bratian

Gdzie najwięcej się dzieje, jeśli chodzi o rozrywkę kulturalną? Też zauważyliście, że w Bratianie? Bo ja tak. Naprawdę, tam niemal ciągle (mam na myśli weekendy) coś się dzieje. Bratian powoli wyrasta nam na kulturalno-rozrywkową stolicę regionu. A jeśli jeszcze klub Drwęca upadnie (w co w sumie nie wierzę, ale jeśli) to pewnie tam (lub do Kurzętnika) będziemy jeździć oglądać piłkę nożną. Bo w Nowym Mieście wówczas niewiele będzie. Sport pada, kultura pada (a w zasadzie w ogóle się nie podnosi z niskiego poziomu), jedynie markety nam budują. No i rondo w planach. A co jeśli chodzi o rozrywkę dla mieszkańców? Raczej posucha, co nie? W Nowomiejskim Domu Kultury jakoś nie dostrzegam zbyt wiele (z całą sympatią do przesympatycznego dyrektora tej jednostki). Owszem, są stałe kółka i zajęcia, ale to dla zapisanych, głównie dzieci. Ale żeby jakiś koncert czy coś w tym stylu? Niestety, nie ma... Przykro to mówić. Powiatowe miasto, a bardzo mało rozrywek. A taki Bratian, malutka wieś niedaleko Nowego Miasta. Raczkuje tam klub motocyklowy, bractwo rycerskie, kabaret (który zresztą przeniósł się z Nowego Miasta). Centrum wszystkiego jest Młyn Brata Jana - przez wielu od lat niemal niezauważany budynek, który stał od zawsze. Teraz ów budynek zyskał nazwę - Młyn Brata Jana, a mieści się w nim wspomniany klub motocyklowy, siedziba bractwa, no i klub Anana, w którym odbywają się koncerty. Spory na to wpływ ma dyrektor GCK w Mszanowie. Czym jest GCK i kto jest jego dyrektorem? Ano jest to Gminne Centrum Kultury, a szefem jest Andrzej Andrzejewski z Nowego Miasta. Pewnie prędko ze stołka nie zejdzie, bo i chyba nie ma powodów - w Bratianie stworzył stolicę powiatu, przynajmniej kulturalno-rozrywkową. Przynajmniej raz w miesiącu odbywają się tam jakieś koncerty, imprezy i tym podobne. Ostatnio zawitała legenda punka - Farben Lehre. Poza tym, że około 300 osób bawiło się w najlepsze przy świetnej muzyce, to sam zespół był pod ogromym wrażeniem miejsca, w którym przyszło mu grać. Nie myśleli, że można zrobić coś takiego z czegoś takiego. Stary młyn został zaadaptowany na klub muzyczny przy pomocy kilku desek, silikonu, farby w spray'u i przede wszystkim chęci młodych ludzi i to z Nowego Miasta! Własnym siłami w małej wsi zrobili coś, czego nie powinni się wstydzić. Nie tylko oni, ale także powiat nowomiejski. Mieszkańcy Bratiana też powinni być dumni z tego, że teraz częściej w kontekscie rozrywki kulturalnej, wspomina się o ich wsi, niż o Nowym Mieście. Ja bym był.

W kwietniu w Nowym Mieście szykują się zmiany w Nowomiejskim Domu Kultury. Może nie tyle w nim samym, co jego strukturach. Ma powstać Miejskie Centrum Kultury (dawne NDK i Biblioteka Miejska). Zapewne zostanie rozpisany konkurs na stanowisko dyrektora tejże placówki. Nie wiem kto nim zostanie, może obecny dyrektor NDK. Jedno jest pewne - MCK jeszcze przed swoim powstaniem już ma solidnego konkurenta, czyli wspomniany Młyn Brata Jana. Mam nadzieję, że między tymi jednostkami toczyć się będzie ostra rywalizacja o zainteresowanie ludzi rozrywkami. Oby tak było. Skorzystamy na tym wszyscy - my jako chętni rozrywki ludzie, a Nowe Miasto i Bratian jako centra owej rozrywki. Zatem pozostaje nam czekanie. I imprezy w Bratianie. Najbliższa już w piątek. Koncert znanej w kraju kapeli jazzowej Fool-X-Trio. Ja będę, a Wy?

poniedziałek, 11 lutego 2008

Co zrobić, by coś zrobić

Właśnie wróciłem z kręgielni w Nowym Mieście Lubawskim. Nie, to nie żart, mamy w Nowym Mieście kręgielnię. Coś się w końcu ruszyło. Może inaczej - miasto się nieco rozwinęło pod względem rozrywki dla mas. Tylko tak prawdę mówiąc, gdyby nie pieniądze prywatnej osoby, to nadal niewiele by było. Ale znalazł się facet, który wpadł na pomysł zamiany starego magazynu z klepkami na kręgielnię. Dwa miesiące i było po sprawie. W piątek otwarcie, dziś pierwszy turniej.

Ten sam facet, który jest właścicielem kręgielni, kilka lat temu miał kaprys, by rzucić "trochę grosza" (nie takie trochę, proszę się tym nie sugerować) na piłkę nożną. I tak rzucał i rzucał, aż Drwęca awansowała do II ligi (z której spadła z hukiem i do tej pory nie może się po tym pozbierać, ale nie o tym będę pisał w tym wątku). Podobnie jak wówczas, tak i dziś, na rozrywkę do Nowego Miasta przyjeżdżali sąsiedzi zza miedzy, czyli lubawianie, iławianie. Tylko nie byłoby tego, gdyby nie prywatne pieniądze. Bo w sumie kto przyjedzie do miasta powiatowego, jedynego miasta w powiecie, w którym nawet nie ma sceny z kurtyną z prawdziwego zdarzenia? Do miasta powiatowego, jedynego miasta w powiecie (mogę to powtarzać do znudzenia), w którym nie ma kina (jest Harmonia, ale... no, właśnie, hmm...)? Do miasta powiatowego, jedynego miasta w powiecie, w którym nie ma prawdziwej sceny do koncertów? No kto? Po co? Kulturalno-rozrywkową stolicą regionu to my nie jesteśmy. Na pewno nie w powiecie, bo ta rola przypada (przypominam, że to moje subiektywne odczucia, w końcu to mój blog;) Bratianowi (o tym w jednym z kolejnych postów). Odpowiedź na te pytania jest prosta - NIKT. Nikt nie przyjedzie. Jedynie przejedzie. Dalej, do Brodnicy, Torunia, ewentualnie Iławy, Ostródy czy Olsztyna. Tam mają sztandarowe imprezy, takie jak np. Złota Tarka i Iławskie Spotkania Kabaretowe (Iława), czy festiwal reggae w Ostródzie. A my? Co mamy? Normalnie nie wiem od czego zacząć wyliczać, tyle tego jest. A już całkiem serio, to nie mamy NIC... Jednak wbrew pozorom, mimo takich, a nie innych warunków coś się czasami dzieje. Tylko że tego nie doceniamy...

Jeśli tak będzie dalej (czyli nie będziemy doceniać tych, którzy coś próbują robić), to w Nowym Mieście zostaną sami malkontenci, których naturą jest marudzenie. A reszta sobie wyjedzie (patrz Zbyszek Kamiński i organizowany przez niego Zlot Fanów Queen - czy będzie w tym roku?). Umieramy, a najgorsze jest to, że sami sobie zgotowaliśmy taki los. Dlatego też doceniajmy tych, którzy coś robią, czasami sami podkasajmy rękawy i weźmy się do pracy. Zróbmy coś. Coś, co sprawi, że rozbujamy to nasze miasto i lubawianie i iławianie będą jako miejsce rozrywki wybierać Nowe Miasto. A już przede wszystkim nie narzekajmy na tych, którzy coś robią. Jeśli sami nic nie robimy, to nie komentujmy, że to mogło być lepiej, a to inaczej. Bo to tak, jakbyśmy podcinali gałąź, na której siedzimy. Zniechęcamy w ten sposób ludzi, którzy cokolwiek robią. Potem oni wyjeżdżają tam, gdzie są doceniani, a nam pozostaje pustka. Czarna dziura. Ale dla malkontentów to będzie raj, bo znów można będzie ponarzekać. Nie pozwólmy na to, bo potem pozostanie nam jedynie to, o czym śpiewał Big Cyc. A zaczynało się to, o ile mnie pamięć nie myli, tak: "W naszym mieście niewiele się dzieje...". Resztę znacie, prawda?

Mój blog miał być żartobliwy, z humorem, ale jednak całkiem serio. Tymczasem dwa pierwsze wpisy traktują o tym, że nie jest tutaj wesoło. Ale niestety taka jest prawda... To miasto umiera... Po prostu umiera... A wiecie co jest najgorsze? To, że wielu osobom to nie przeszkadza. Dalej sobie siedzą, przyglądają się z boku i mówią, że nic się nie dzieje. A jeśli już się dzieje, to im się to nie podoba. Bo trzeba ponarzekać. To normalne i naturalne zachowanie typowego nowomieszczanina - narzekanie. Jak jest koncert na rynku, to marudzenie, że to na rynku a nie na stadionie. Jak impreza jest na stadionie, to narzekanie, że mogłaby być na rynku. Przykładów jest wiele. Może już wystarczy tego marudzenia? Jak myślicie?

sobota, 9 lutego 2008

Zaczynam. I to na serio

Po kilku próbach stworzenia bloga w końcu uznałem, że czas zacząć na poważnie. W końcu pisanie to moja pasja. Lubię to i raczej tak szybko mi się to nie znudzi. Choć w sumie, kto wie, co nas (mnie) czeka. Ale rozważania o przyszłości zostawmy na kiedy indziej.

Dziś napiszę o tym, co mnie martwi. Jest tego wiele, więc skupię się tylko na jednym problemie. Drwęca Nowe Miasto Lubawskie, tak ów problem się nazywa. Niegdyś drugoligowy klub, teraz w sumie nie wiadomo co. Niby w trzeciej lidze, ale tylko na papierze. Szkoda mi tego klubu, tej Drwęcy. Odkąd tylko pamiętam, była. Teraz wiele wskazuje na to, że nadchodzi jej kres. Dlaczego? Pieniądze, to jest odpowiedź. A w zasadzie brak pieniędzy. Kuratorem w Drwęcy (jego powołanie to też w sumie sprawa na oddzielny wpis) jest Daniel Cieplak, czynny sportowiec, trenujący trójbój siłowy. I może dlatego, że sam trenuje, jest tak ambitny i walczy dalej. Robi to tak, jak potrafi. Jedni wieszają na nim psy, inni wspierają duchem. Bo niczym więcej, worka pieniędzy nikt nie chce dać. Bo w sumie skąd taki worek wytrzasnąć? Ot i pytanie. Ale jest i drugie - po co te pieniądze są tak potrzebne? Ano po to, by opłacić zawodników, sędziów, wyjazdy na mecze itd. Dla niektórych jest to niezrozumiałe, dla niektórych Nowe Miasto Lubawskie jest za małe i za biedne na trzecią ligę. Może i tak, może i nie. Parcie na ten poziom rozgrywek jest, bo przecież szybko się przyzwyczaić do czegoś, co dobre. A trzecia liga jest dobra. Nie tylko pod względem stricte sportowym, ale także promocyjnym. Nasza Drwęca jeździ przecież m.in. do Suwałk, Grójca, Radomia i innych miast w kraju. Tamtejsze media podają, że Drwęca jest z Nowego Miasta Lubawskiego, a nie z (całym szacunkiem dla tych miejscowości) Tylic, Wielkich Bałówek czy Krzemieniewa. Z Nowego Miasta Lubawskiego. A teraz niestety będzie głucho i pusto, bo zostaniemy czarną plamą na mapie, jakimś tam Nowym Miastem Lubawskim, w którym próżno szukać inwestorów, sportu, rozrywek kulturalnych. Dziurą. Oby udało się Danielowi złapać sponsorów, oby i znalazły się jakieś środki w kasie miejskiej (jakieś będą na pewno, tylko jakie?) i oby piłkarze zaczęli grać, kibice przychodzić na mecze i oby Nowe Miasto Lubawskie nie zniknęło z piłkarskiej mapy Polski. Bo już wiele razy było o nas głośno. Chyba nikt z nas nie chce, by teraz nastała cisza. Bo cisza i ciemność były na początku, kiedy jeszcze nic nie było... Jeśli w Nowym Mieście Lubawskim też będzie cisza i ciemność, będzie to oznaczało, że tutaj także nic nie ma... A niestety ten czas nieuchronnie się zbliża... Obym się mylił...